Wszystkie recenzje z kategorii 22 października 2015

Some Place Else, Warszawa

Some Place Else, Warszawa

W kulinarnych potyczkach, steki reprezentują najcięższy kaliber ciężkiej broni. Zjedzenie pięciu różnych w trakcie jednej kolacji jest niemal niemożliwe. A jednak czasami, rzeczy niemożliwe mogą się ziścić. W restauracji Some Place Else w warszawskim Sheratonie (ale i w innych 4 hotelach Starwood w Polsce) od wczoraj do końca listopada trwa akcja Steak By Steak czyli „Podroż Kulinarna Po Stekach Świata”. Dzięki uprzejmości Zomato, miałem przyjemność uczestniczyć w kolacji degustacyjnej, podczas której podano pięć z sześciu rodzajów znakomitych steków z wołowiny polskiej, argentyńskiej i włoskiej.

Wszystkie steki z sezonowanej na sucho wołowiny, podawane są na deskach, lub małych patelniach na których „dochodzą” w piecu. Stekom towarzyszy starannie dobrany zestaw win, o których kilka słów usłyszeliśmy od Adama Drozdowskiego z Partner Center. Wśród nich szczególną uwagę zwracało Chateau Purcari z Mołdawi zbudowane na autochtonicznym szczepie Rara Neagra. Niezwykłe wino i jak usłyszeliśmy niezwykłe chateau w dalekiej Mołdawii.

 

Jako pierwsze na stół wjechały dwa antrykoty: pierwszy z polskiej, sezonowanej wołowiny (60 zł za 300 gram) i drugi, grillowany z mięsa argentyńskiego (90 zł za 300 g). Argentyńczyk okazała się gwiazdą wieczoru ale prawdę mówiąc polski kawałek nie miał szans na obronę bo był „odrobinę” przeciągnięty. Nowopoznany Zomatowy Foodie, Miguel z Portugalii (notabene świetnie mówiący po polsku) określił smak argentyńskiego antrykotu jako najbardziej „krowowy”, co rzeczywiście trafiało w sedno.

Potem kosztowaliśmy stek z rostbefu z amerykańskiego Angusa (150 zł – 300 gram) i stek z polskiego sezonowanego rostbefu (60 zł – 300 g). Oba naprawdę niezłe (szczególnie rostbef) choć oba pokonane przez podany na końcu T-bone z polskiej sezonowanej wołowiny (120 zł do 700 gr). Stopień wysmażenia (mnie najbliżej do rare by nie powiedzieć blue), miękkość mięsa i jego smak były bezbłędne. Szkoda, że z karty nie wynika, kto produkował wołowinę, ani nawet z jakiej rasy pochodziło bydło.

Podczas kolacji nie dane nam było spróbować toskańskiej chianiny w formie klasycznego bistecca alla fiorentina. Mięso nadzwyczaj drogie (stek dla dwóch osób to około 300 zł) i w Polsce unikalne chyba bardziej niż uznawana za najlepsza na świecie wołowina z Kobe z japońskiego bydła Waguyu (choć ta ostatnia w Polsce najczęściej jest „typu Kobe”) Szkoda tym bardziej, że ciągle czuje smak chianiny podanej mi przed kilku laty na sześć lub siedem sposobów, w dedykowanej wyłącznie tej wołowinie restauracji pod Greve in Chianti.

Wszystkie steki podawane były z frytkami bądź połówkami ziemniaków oraz z pieczoną kukurydzą z masłem, której smak doskonale komponował się z mięsem. Do wyboru mieliśmy trzy z pięciu dostępnych sosów: BBQ, pieprzowy i bearneński.

 

Zacnych steak house’ów mamy w Warszawie już kilka. Pomimo to pomysł na festiwal steków w restauracjiach hotelowych wydaje się być ciekawy. Tym bardziej, że jak dowiedziałem się podczas spotkania w sheratonowych restauracjach w Warszawie aż 50% bywalców nie wywodzi się z grona gości hotelowych. Plac Trzech Krzyży, jesień, czerwone wino? Dlaczego nie tutaj?

Casual FoodSnob

Kieliszki na Próżnej, Warszawa

Kieliszki na Próżnej, Warszawa

Szaleństwu premier nowych knajp nie widać końca, więc coraz częściej by móc wywiązać się z zasady „recenzja po co najmniej dwóch wizytach albo po przetestowaniu dwóch trzecich karty” nawiedzam restauracyjne „nowalijki” w towarzystwie osób, godzących się na wspólne zamawianie i wzajemne testowanie dań. Do Kieliszków na Próżnej poniosło mnie z Młodym, który nie dość że pokornie przyjmuje narzucone zasady, to dodatkowo jako pełnoletni syn jest całkiem znośnym kompanem. Narzuciwszy sobie pewien schemat zamawiania („dziś lewa strona karty”) zamówiliśmy czym prędzej, bez mała cały komplet tzw. talerzyków czyli małych zakąsek, znakomitych towarzyszy królującego tu wina.

 

I tu stop! Właściwie od wina należało zacząć, bo wymienione w nazwie kieliszki to kieliszki do wina, wokół którego kręci się cały koncept tej restauracji. Kieliszki w liczbie 1116górują jako dekoracja nad barem (sprawdźcie sami na zdjęciu: 6 pięter, po 6 rzędów, 31 w każdym rzędzie). Wino na półkach a częściowo w lodówkach dekoruje ściany a nieotynkowany, surowy sufit z wyraźnymi belkami konstrukcyjnymi nadaje wnętrzu pewien „piwniczny” klimat. Karta win jest bogata, ciekawa i zróżnicowana geograficznie, ale co najważniejsze każde wino może być sprzedawane na kieliszki za 1/5 ceny butelki. To, rewelacyjne z punktu widzenia winomaniaków rozwiązanie jest możliwe dzięki urządzeniom, które przy pomocy gazu obojętnego wpompowanego do otwartej butelki chronią wino przed niechybnym zepsuciem.

Jak nadmieniłem wcześniej, winu dedykowane jest też jedzenie. Spośród sześciu, na siedem dostępnych w karcie „talerzyków” najbardziej ujęły nas świńskie uszy z sosem paprykowym oraz fermentowane warzywa. Te pierwsze to krojone w długie paski, z wierzchu chrupkie a środku rozpływające się kawałki najprawdziwszych świńskich uszu serwowane z paprykowym aioli. Tajemnica smaku fermentowanej rzodkiewki, przepysznej cukinii i ogórka tkwi w dodanym do słoika, w którym przebiegało kiszenie anyżu i rozmarynie.

Kieliszki na Próżnej: świńskie uszy

Kieliszki na próżnej: kiszone warzywa

Blisko najwyższego miejsca na podium znalazły się też liście młodej sałaty rzymskiej z chrupiącą skórką z kaczki i delikatne krokiety z dorsza podkręcone fantastycznym keczupem z buraka, w którym można było odnaleźć posmak dobrego balsamico.

Nieco słabiej wypadła konserwa wieprzowa domowej roboty z marynowanym ogórkiem. Smak był niezły, żywcem wzięty ze wspomnień z biwaków harcerskich ale konsystencja nieco zbyt ścisła. Chleb z domowym majonezem z jajek od kury zielononóżki trzymał standard, choć nie wiadomo dlaczego oczekiwaliśmy od niego nieco więcej (cokolwiek by to nie znaczyło w przypadku chleba z majonezem)

Po talerzykach przyszedł czas na rozpoznanie bojem, krótkiej części menu zatytułowanej „jajka”. Jajecznica w porze kolacji raczej nie pociąga, więc na nasz stół wjechał jesiotr z kaszanką gryczaną i jajkiem. Zacny to reprezentant jajecznego rozdziału Kieliszków nie tylko ze względu na jajo ugotowane techniką souse vide w 63 stopniach, ale przede wszystkim ze względu na niezapomniany smak dwóch pozostałych składników.

Kaszanka gryczana robiona oczywiście na miejscu z krwi dostarczanej przez stałych dostawców i jesiotr, sprowadzany osobiście przez znanego z Top Chefa Krzysztofa Bugierę sprawiły, że to danie to ścisła czołówka tutejszej karty.

 

Jako ostatnie „po lewej stronie karty” znajdowały się przystawki, których doliczyliśmy się siedem. Dla przyzwoitości ale i po to, żeby mieć po co wrócić nie zamówiliśmy jedynie sałatki z rzepy i kalarepki. Reszta (o zgrozo! Nie macie pojęcia ile tego było) wylądowała wkrótce przed nami.

Wicekrólem wieczoru wśród przystawek został tatar z grubo siekanej wołowiny, z dodatkiem chrzanu na dwa sposoby: w postaci wiórków zmieszanych z mięsem (ach ta chrupkość!) a dodatkowo w postaci chrzanowego majonezu. Nie zabrakło oczywiście jajka. Tu w wydaniu przepiórczym.

Kieliszki na Próżnej: tatar z grubo siekanej wołowiny

Niestety tatar został rozłożony na obie łopatki przez kalarepę z boczkiem i bułkę tartą. Cóż to był z smak! I słodki i słony a dodatkowo z nutką orientu za sprawą sosu sojowego. Absolutny hit!

Równie dobrze zapowiadała się galareta z głowizny ze znaną już z fermentowanych warzyw rzodkiewką. Niestety sama galaretka choć ciesząca rewelacyjną konsystencją była nieco mdława.

 

 

Z kolei śledź, całkiem efektownie serwowany był raczej zestawem różnych składników, niż przegryzionych smaków. Śledź świetnej jakości, ziemniak ciekawy jako dodatek ale całość pozostawiła pewien niedosyt, szczególnie po śledziach z Domu Wódki, kosztowanych w poprzednim tygodniu. Za to Młody nie przepadający za foie gras zachwycił się pasztetową z jego dodatkiem i z bułką maślaną. (No dobra, uczciwie mówiąc powiedział, że jest ok ale byłaby lepsza gdyby było więcej bułki ☺ )

Wśród przystawek znalazła się na naszym stole jedyna w karcie zupa: krupnik z kaszą pęczak i kaczymi sercami. Jedyna nie zawsze znaczy dobra. Tym razem znaczyła „niezła ale ja nie przepadam za tym rodzajem „niezłości””

Kieliszki na Próżnej: krupnik z kaszą pęczak i kaczymi sercami.

Podczas całego posiłku towarzyszyło nam wino dobierane osobiście przez współwłaściciela i Mistrza Polski Sommelierów 2011- Pawła Demianiuka. Zaczęliśmy od dość osobliwych „bąbelków” jakim było włoskie Malibràn Valdobbiàdene Prosecco Superiore Sottoriva Frizzante. Nieklarowane, mętne w kieliszku i bardzo wytrawne wyróżniało się od wszystkich pitych wczęsniej przeze mnie prosecco.

Do talerzyków Pan Paweł podał prawdziwy rarytas Ribolla Gialla 2007 z Collio małej apelacji w Wenecji Juliańskiej czyli wino pomarańczowe, bardzo owocowe, a jednocześnie mocno taniczne, dzięki czemu doskonale komponujące się do różnorodnych zakąsek. Do jesiotra, kaszanki i jajka najlepiej pasował kieliszek szampana, a do reszty przystawek podano nam alzackiego rieslinga z Domaine Ostertag oraz cudnego gewurztramineem od Fronholza. Do kończących posiłek serów (tak, tak! nie mogliśmy się oprzeć) podano nam Cheverny z Doliny Loary.

Kieliszki na Próżnej to urocze miejsce na cudowny wieczór z winem i naprawdę niezłym jedzeniem. W odróżnieniu od takich miejsc jak Ale Wino czy Winosfera to miejsce zdecydowanie bardziej dedykowane winu niż jedzeniu. To ostatnie choć proste jest naprawdę bardzo dobre, choć oprócz paru naprawdę wybitnych talerzy i przystawek nie spodziewajcie się cudów. No dobrze! To prawda, że stwierdzam to nie spróbowawszy żadnego z czterech dań głównych, więc solennie obiecuję to nadrobić i wkrótce znów zasiedlić jeden z piętnastu dwuosobowych stolików.

Wierzcie mi zrobię to z czystą przyjemnością.

 

Kolacja 13 października 2015

 

Casual FoodSnob

Ceviche Bar – surowa ryba w natarciu!

Ceviche Bar – surowa ryba w natarciu!

Ceviche Bar

Są takie miejsca, w których jesteś pierwszy raz, próbujesz niespełna połowy dań z karty ale mimo to czujesz, że wiesz już o tej kuchni wszystko. I musisz, po prostu musisz pokazać światu swoją euforię po tym spotkaniu. Takim miejscem jest Ceviche Bar Martina Gimeneza Castro.  Chefa znanego przede wszystkim z  Restauracji Salto, wcześniej z Hoża by Mondovino i oczywiście z pierwszej edycji TopChefa.Lokal mieszczący się przy „restauracyjnym patio” budynku Cosmopolitan mimo, że gdy dotarłem tu po raz pierwszy od otwarcia minęło zaledwie pięć dni zastałem wypełniony do ostatniego stolika. Przez to, albo raczej dzięki temu zająłem miejsce przy barze, mając przyjemność obserwowania jak sam „El Jefe” Castro, od kilku dni ogarniający dwa miejsca na raz przygotowuje zamówione delicje.

 

 

Ceviche Bar nie tylko rybą stoi…

 

 

Ceviche Bar

Ceviche Bar

 

 

Na rozgrzewkę wybrałem dwa różne empanadas, figurujące w krótkiej karcie, w mini rozdziale „especiales de la casa”. Oba argentyńskie pierożki były siebie warte. Oba tak samo rozkoszne, choć jeden krył w zapieczonym cieście farsz z mięsa wołowego, a drugi łechtał kubki smakowe rozkosznym kukurydziano – serowym nadzieniem.

Ceviche Bar

Ceviche Bar; Empanadas

 

 

 

 

 

Gorące smaki ryb „gotowanych na zimno”

 

 

 

Potem przyszła kolej na tytułowego bohatera czyli ceviche w różnych odsłonach. Różnych nie tylko ze względu na rodzaje używanych ryb i owoców morza ale i na sposób ich marynowania. I tu dochodzimy do sedna! Ceviche to zasadniczo kawałki ryb marynowane w sosie z limonki, cebuli , chili i różnych dodatków. Ale to danie rodem z Peru (tam a dokładnie w Cusco przed kilku laty miałem przyjemność pierwszego, bliskiego i niezapomnianego spotkania z ceviche) może być przyrządzane na dwa sposoby.

Klasycznie – po „staro” peruwiańsku, gdzie ryba przez kilka godzin „gotuje się na zimno” jak pięknie nazwał marynowanie Pan Barman i na sposób nowoczesny, będący de facto mixem doświadczeń peruwiańskich i japońskich, gdzie ryba trafia do marynaty tuż przed podaniem. Tak też, jak mogłem zaobserwować z swojej loży przy barze, przygotowuje je Mistrz Castro.

Kawałki ryb, wcześniej sprawionych i wyfiletowanych lądują w różnych miksturach.I tak: okoń morski tu zwany cudnie „robalo” marynuje się w chilli, czerwonej cebuli, kolendrze i sezamie. Ten ostatni nadaje półsurowej rybie charakterystyczny smaczek. Arcypyszny tuńczyk, pławi się w chilli i limonce ale z dodatkiem palonej kolendry co fajnie urozmaica  znany smak tej ryby. Corvina (kolejne odkrycie – po polsku po prostu „ryba orzeł”!!!) jest oryginalna nie tylko ze względu na główny składnik, ale i przez dodatki : togarashi, złożoną z siedmiu składników, japońską mieszankę przypraw, yuzu-czyli skórkę niewielkiego cytrusa z japonii i tajską bazylię, zdradzające jednoznacznie wpływy kuchni wschodniej Azji.

Ceviche Bar

Ceviche Bar – Robalo

2015-10-08-20-15-31

Ceviche Bar

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.

.

Leche de tigre – must try!

 

.

Pośród zamówionych ceviche zabrakło tych marynowanych z udziałem leche de tigre czyli mleka tygrysiego. Szot tej marynaty można zamówić jako oddzielne danie, co oczywiście natychmiast zrobiłem. Leche de tigra nie tylko służy do marynowania ryby ale jest też w Peru bardzo często podawane jako samodzielne danie, popularne szczególnie wśród osób cierpiących z powodu kaca.

2015-10-08-20-17-27

Ceviche Bar: Leche de tigre

Sposobów jego przyrządzania jest pewnie tyle ilu jest południowoamerykańskich chefów na świecie. Ten z Ceviche Baru poznałem dzięki życzliwej „duszy” z lokalnej obsługi. Resztki ryb z filetowania, zostawia się na kilkanaście godzin w naczyniu z sokiem z kwaśnych cytrusów, cebulą i chilli (i pewnie masą innych tajnych ingredientów). Po mniej więcej dwóch dniach odcedza i podaje w formie żółtawego napoju lub dodaje się do marynowanej krewetki, dorady, łososia. Spróbujcie!!! Ale zostawcie też miejsce na „tiraditos” czyli peruwiańskie dania również z surowej ryby lub owoców morza ale podawane w ostrym sosie. Z wyglądu są podobne nieco do sashimi lub carpaccio. W karcie znajdziecie trzy tiraditos.  Spośród nich nam dane było spróbować „vieras” czyli nieco mdławych przegrzebków z dodatkiem czarnych oliwek, imbiru i glonów wakame. Rzuciliśmy się też na rozkosznego niczym najlepszy deser „atuna” – tuńczyka z czarną quinoa, sezamem i salsą chilli i słodkiego i ostrego zarazem.

2015-10-08-20-34-38

Ceviche Bar : traditos atuna

2015-10-08-20-15-13

Ceviche Bar: traditos vieras

Cóż powiedzieć więcej? Żal opuszczać takie miejsce. Żal, że w karcie drugie tyle dań nie tkniętych! Żal, tej scenografii, muzyki i atmosfery z innych szerokości geograficznych! Wreszcie, żal, że przez konieczność prowadzenia samochodu nie dane mi było skosztować pisco sauer słynnego peruwiańskiego coktailu z surowym białkiem!

Ale nic to! Jeszcze nie raz tu zawitam, jeszcze niejedno tu zjem i … wypiję. Bo to naprawdę godne, casualowe miejsce dla FoodSnoba.

 

Casual FoodSnob , , , ,

El Chori, Warszawa

Nie jestem miłośnikiem „buł z czymś w środku” więc z pewnym niepokojem co do przyszłości moich preferencji kulinarnych stwierdzam, że po raz drugi w tym roku zachwyciłem się kanapkami. Po „Pogromcach Meatów”, którzy jak mi się wydawało wynieśli kanapkę na poziomy niebiańskie, do moich ulubionych miejsc dopisuję El Czori prowadzone przez Chilijczyka Gonzalo i Argentyńczyka Cristiana . Nie przychodźcie tu dla miejsca, bo to jest dosyć okropne. Ot! bazarowa buda na terenie, przypominającego skansen z lat 90, bazarku przy ulicy Lotników. Przychodźcie tu dla przepysznych smaków latynoskich kanapek.

Zacznijcie od legendarnych czoripanów (choripan) czyli przepysznych, wypiekanych specjalnie dla El Czori bułek (podobnych do oryginalnych latynoskich marraqueta), z dobrze zgrillowaną, argentyńską, wołowo-wieprzową kiełbaską chorizo, od której pochodzi pierwsza część nazwy kanapki (chori – od chorizo, pan – od bułki) Koniecznie poproście (a możecie wybierać) o dodanie tradycyjnego, argentyńskiego sosu chimiczurri, zrobionego w El Chori z oliwy, cebulki, czosnku, zielonej pietruszki, z dodatkiem pieprzu, mielonej ostrej papryki i papryczek chili i octu winnego.

Wystarczy przymknąć oczy, by smak i wyobraźnia przeniosły was na ulice Buenos Aires, gdzie kanapki te są ulubionym ulicznym lanczem, oraz przekąską często spożywaną podczas rozgrywek piłki nożnej!

Jeśli wolicie trafić w chilijskie klimaty spróbujcie czegusana, czyli soczystej wieprzowiny włożonej do takiej samej bułki z sałatą i pomidorem z porcją chilijskiego sosu pebre zrobionego z kolendry, siekanej cebulki, oliwy z oliwek, czosnku, pomidorów i soku z cytryny i oczywiście papryki. Oczywiście, bo pebre to słowo pochodzące z języka katalońskiego i oznaczające paprykę. Ale nie przejmujcie się tym, ostrość pebre nie porazi Waszych kubków smakowych. Chyba, że dodacie odrobinę sosu jalapeno.

Oprócz tych dwóch delicji w „menu” El Chori znajdziecie też chisbeef i czakareno oraz (a jakże) kanapki w wersji vege. Tych nie jadłem więc polecić nie mogę, ale spokojnie zagrałbym w ciemno. Ja w każdym razie tak zrobię następnym razem!

 

Lunch 5 października 2015

 

Street FoodSnob
Go Top