Wszystkie recenzje z kategorii 20 grudnia 2017

Ole czyli od tapasów do fine diningu

Ole czyli od tapasów do fine diningu

Ole

Nieczęsto dane jest obserwować jak restauracja zmienia „w biegu” swój pierwotny koncept. Znacznie częściej w restauracjach, które się nie „przebiły” albo po prostu „już przejadły” robi się totalny rebrending, któremu towarzyszy zmiana karty a często, choć nie zawsze oprócz nazwy zmienia się też wystrój.

Właściciel Ole działającego przy Placu Trzech Krzyży od zimy 2012 roku poszedł inną drogą. Od lipca restauracja powiększona o lokal, zajmowany kiedyś przez Szpilkę, nazywa się co prawda dalej Ole ale zamiast poprzedniego dopisku „Tapas Steak Restaurant” jest zdefiniowana na nowo jako „Restaurant & Coctail Bar”. Powiększone wnętrze nabrało fine diningowego sznytu, ze starą częścią, która jest teraz „more formal” i nową bardziej „casual” (między innymi bez białych obrusów). Największą jednak zmianą jest nowy szef kuchni, którym został niezwykle młody ale i niezwykle zdolny Maciej Siąkowski.

Szef Siąkowski nauki pobierał u Andrea Camastry, jak wiadomo Szefa Kuchni w Restauracji Senses, która (a to już nie wszyscy wiedzą) należy (obok Plato i Genesis) do tego samego właściciela. Pracując w Senses przez 5 lat, młody Szef miał szansę odbyć kilka staży zagranicznych między innymi w najlepszej restauracji japońskiej w Londynie.

o

o

Olè:

Olè: Intermezzo w trakcie menu degustacyjnego – Sorbet z kolendry i zielonego jabłka z zielonym jabłkiem i pieprzem sansho

o

o

Kuchnia Ole

Jaka jest kuchnia Ole i jaka jest kuchnia Szefa Siąkowskiego? Na pewno nie są takie same! Dlaczego je rozdzielam? Bo Ole mając wielu zagorzałych zwolenników poprzedniej tapasowo-steakowej karty poszło drogą ewolucyjnej zmiany menu a co za tym idzie ewolucyjnej zmiany charakteru. Dzisiejsze menu restauracji to właściwie trzy różne karty. Po pierwsze menu tapasów i przystawek (kiedyś były oddzielnie teraz są pomieszane), wśród których są te „ulubione” i dobrze znane ze starej karty jak „Ośmiornica po galicyjsku”, „Krewetki w sosie piri piri” , „Papryczki de Padron” , czy wreszcie talerze szynki i serów. Wśród tych „staroci” można jednak znaleźć zupełnie nowe, autorskie przystawki Szefa Siąkowskiego takie jak tatar, carpaccio czy pokazujące upodobanie do kuchni azjatyckiej bao z chorizo i kimchi nie mówiąc już o japońskim z ducha i formy tuńczyku.

o

o

Olè:

Olè: Amuse bouche poprzedzające menu degustacyjne – Sezonowany antrykot wołowy z ketchupem pomidorowym z wanilią, kruszonką ze szpiku kostnego i consomme pomidorowym

o

o

Jest oczywiście oddzielny dział steaków, która mniej więcej zachował swój poprzedni charakter i bazuje na doskonałej polskiej wołowinie oraz najlepszych stekach z Argentyny oraz z Wagyu Kobe Style. Nota bene od czasu powiększenia lokalu, restauracja ma możliwość sezonowania mięsa.  I wreszcie mamy tu skromne dwudaniowe działy „pasta” oraz „zupy” i pięciodaniowy dział dań drugich. Wszystkie dania z tej części są autorskimi daniami Szefa Macieja.

Jeśli chodzi więc o kuchnię Ole to jest ona mixem kuchni hiszpańskiej, francuskiej i włoskiej z wątkami kuchni japońskiej, koreańskiej i tajskiej. Nieźle co? Kuchnia ta nie jest jednorodna „w czasie”, stanowi fusion starego i nowego Ole ale w miarę upływu czasu ma przeistoczyć i stać się w 100% autorską kuchnią Macieja Siąkowskiego.

Jaka jest więc ta kuchnia Szefa Macieja? Właśnie na to pytanie chcę odpowiedzieć w tej recenzji.

o

o

Badanie zawartości  Szefa Siąkowskiego w kuchni Ole.

o

o

Ta parafraza (patrz „badanie zawartości cukru w cukrze”) wydaje się na miejscu szczególnie w przypadku pierwszej części karty. Ale, żeby przekonać się jaka jest kuchnia Szefa Macieja najłatwiej sięgnąć po sześciodaniowe menu degustacyjne (190 zł + 60 zł coctail pairing), które od niedawna gości w karcie.

o

o

Olè:

Olè – menu degustacyjne:  zupa z foie gras ze smażonym boczniakiem mikołajkowym, smażoną kaczką oraz tymiankiem cytrynowym.

o

o

Z nową kuchnią Ole zetknąłem się podczas prezentacji tego menu dla zacnego grona blogerów kulinarnych. Zgodnie jednak z wyznawanymi przeze mnie zasadami, żeby napisać poniższą recenzję odwiedziłem potem lokal jeszcze czterokrotnie, starając się zachować incognito i płacąc za wszystko co spałaszowałem. Szczęśliwie, co warte podkreślenia Ole mająca ceny na poziomie fine diningowych restauracji warszawskich ma też całkiem przyjemną instytucję 50% zniżki w porze lunchu (od poniedziałku do piątku) na wybrane, codziennie inne, cztery dania z karty. Choć i tak lunch złożony z dwóch dań ma cenę na poziomie lunchu w najlepszych restauracjach w mieście (pisałem o tych najdroższych lunchach jakiś czas temu, patrz link) to jednak za około 70 złotych (wliczając kawę i wodę) mamy tu dwa dania normalnej wielkości i możliwość spróbowania od poniedziałku do piątku wszystkich najlepszych dzieł Szefa Siąkowskiego. Ja w każdym razie korzystając z tej oferty przetestowałem ponad 80% jego autorskich pozycji.

o

o

Ole i wyłuskiwanie pereł wśród tapas.

O

o

Na początek każdego posiłku na stół trafia pieczywo, z dość oczywistym masłem z solą i absolutnie nie oczywistym a wręcz genialnym smalcem robionym z chorizo i suszonych pomidorów. Ta prosta, przypominająca konsystencją naszą metkę, pomarańczowa pasta jest tak pyszna, że za każdym razem stół opuszczał nieomal „wylizany” do czysta szklany słoiczek.

Mimo, że tapasy są jednym wielkim misz-maszem starego i nowego to dość łatwo wyłowić te, które mówią wszystko o nowym Ole i jego Szefie.

Należy do nich bezsprzecznie „Chorizo w bao z kimchi” (25 zł), które choć mnie nie powaliło jest dość widocznym śladem wpływów kuchni wschodu na styl gotowania Szefa.

o

o

Ole

Ole: „Chorizo w bao z kimchi”

o

o

Jeszcze lepszym przykładem tego stylu a jednocześnie arcysmacznym daniem jest Tuńczyk z majonezem z kolendry i ogórkiem (47 zł)

o

o

Olè:

Olè: Tuńczyk z majonezem z kolendry i ogórkiem

o

o

Lekko zamarynowany tuńczyk bonito jest podany w plastrach. Na jego wierzchu Szef Siąkowski układa chrupkie płatki suszonego tuńczyka, zamarynowanego w sosie sojowym oraz kawałki kompresowanego ogórka. Ten ostatni musiał się widzieć w próżniowym worku z jakimś zacnym źródłem kwasu, bo jego jędrne kawałki uwodzą delikatnie kwaśnym smakiem Spoczywające obok glony Wakame, przyprawione na ostro są lekko obsypane sezamem. Azjatyckie nuty uzupełnia kolendra podana w formie kolendrowego majonezu i cieszących oko listków. Danie jest niezwykle świeże i orzeźwiające. Różne nuty kwaśności i ostrość niektórych składników sprawiają, że nie ma chyba lepszego otwarcia posiłku niż poprzez tę przystawkę.

o

o

Ole czyli teraz Polska!

o

o

Jeśli ktoś chciałby spróbować czegoś bardziej tradycyjnego i bardziej związanego z naszą kuchnią to mogę zarekomendować mu „Tatar wołowy z musztardą, lubczykiem i piklami” (45 zł) Polędwica wołowa jest grubo siekana (na modłę francuską), a więc tak jak najbardziej lubię. Jej wyraźnie słodkawy posmak jest wynikiem marynowania w musie z rodzynek. Mięso podawane jest ze świetnym i jak zawsze dobrze współgrającym z surową wołowiną majonezem lubczykowym oraz dość ostrą musztardą Dijon i domowymi piklami w postaci piórek szalotki i maleńkich główek białych grzybków Shimeji. Chrupkość i dodatkową mięsną nutę wnosi kruszonka z suszonego szpiku kostnego. Dekoracja to po prostu listki lubczyku okalające wzmiankowaną kruszonkę na koronie mięsa. Jeszcze tylko jakiś niezdefiniowany przeze mnie puder (ale bez przesady z ilością) i mamy danie proste ale nie banalne za to dopracowane w każdym szczególe. Tak lubię!

o

o

Ole

Ole: Tatar wołowy z musztardą, lubczykiem i piklami”

o

o

Z żalem ale i nadzieją na rozkosz w najbliższych dniach donoszę, że nie dane mi było spotkać się z włoskim z nazwy i polskim ze składników „Carpaccio wołowym z kiszonym ogórkiem” (32 zł) Ale co się odwlecze…

o

o

Z Tajlandii do osiemnastowiecznej Francji czyli zupy Szefa Macieja

o

o

W odróżnieniu od tapasów dział zup (skromny ale wybitny) spenetrowałem w 100%.

Zacząłem od „Tajskiej zupy z krewetkami i mlekiem kokosowym” (33 zł) Cóż, nie mogę zacząć omawiania tego dania inaczej jak od sparafrazowania podpisu pod zdjęciem opublikowanym przeze mnie kilka dni temu na Instagramie.

No bo proszę Państwa co musi robić tajska zupa, w menu restauracji o hiszpańskiej nazwie, ulokowanej w sercu Polski? Odpowiadam tak jak wtedy: musi smakować! I rzeczywiście smakuje!

Ta pozycja menu jest potrójnym zaskoczeniem. Po pierwsze zaskakuje swoją obecnością w tym menu (choć jak już pisałem to menu jest pełne… niespodzianek), bo do Tajlandii z Hiszpanii to całkiem daleko.

Po drugie zaskakuje sposobem podania. Na talerzu, który stanie przed Wami znajdziecie tylko krewetki, nietypowy, prostokątny w przekroju udon , maleńkie, świeże grzybki Shimeji i sporą ilość drobniusieńko pokrojonego szczypiorku. Esencjonalna i dość gęsta baza zupy nalewana jest z maleńkiego dzbanka.

Po trzecie zaskakuje jakością i … mimo wszystko smakiem. Każdy z elementów jest najwyższych lotów (no może poza udonem, który mógłby być nieco bardziej sprężysty). Krewetki są tak zrobione, że zachowując półprzeźroczystość, stawiają leciutki opor zębom by zaraz rozpłynąć się po podniebieniu. Lekko chrupiące grzybki zblanszowane tylko zupą dają potężną dawkę aromatu i umami. Zupa (w końcu jednak bardzo banalna i oczywista) zaskakuje delikatnością i bogactwem, choć wyraźna nuta mleka kokosowego, limonki kaffir i galangalu nie pozostawia wątpliwości gdzie są jej korzenie.

o

o

Ole

Ole: Tajska zupa z krewetkami i mlekiem kokosowym”

o

o

Ole

Za to rodowód drugiej zupy czyli „Kremu parmentier z truflowym pecorino” (33 zł) jest … francuski. Trochę z tym daniem mamy bałaganu. Po polsku nazwane jest prawidłowo, za to tłumaczenie angielskie budzi zdziwienie. „Creamy parmesan potato soup with truffle pecorino” ? Zaraz, zaraz! Przecież Krem parmentier albo potage parmentier nie ma w nazwie nic wspólnego z parmezanem! Za to wiele z 18- wiecznym naczelnym aptekarzem armii francuskiej panem Parmentierem, który „oswoił” Francje z ziemniakami, chroniąc ją przy okazji przed głodem.

Zupa nazwana jego imieniem to nic innego jak kremowa kartoflanka często gotowana również z porami. W oryginale nie ma nic wspólnego z parmezanem. W Ole… widzi się z serem ale … są to wiórki truflowego pecorino usypane w formie zgrabnego kopczyka na środku talerza. Pod serem znajdujemy, trochę pokrojonych w kostkę zimnych ziemniaków zmieszanych z ostrą franuską musztardą z Dijon. Do tego dochodzi odrobina oliwy szczypiorkowej, która po zalaniu zupą (znów mały dzbanek) tworzy na powierzchni maleńkie ale piękne, zielonkawe oczka. Bez względu na jej źródłosłów i szczegółowy skład dostajemy na talerzu prostą ale niezwykle smaczną kartoflankę, z dobrym balansem nut ostrych i łagodnych. Trufle z pecorino podnoszą jej pozycję społeczną i sprawiają, że kartoflanka radzi sobie na czysto (już wkrótce) fine diningowych salonach.

o

o

Ole:

Olè: Kremu parmentier z truflowym pecorino

o

o

o

o

Szef Siąkowski zabiera nas do Włoch.

o

o

Skoro ostatnia zupa zaprosiła nas do Francji skoczmy trochę na wschód i odwiedźmy ojczyznę pasty. Jej wizytówką w karcie Ole są dwa makarony, z których ja wybrałem na osobistą randkę „Linguine ze smażonym boczniakiem mikołajkowym i serem Gruyere” (46 zł)

Domowe cienkie wstążki, podane są z dużymi kawałkami, usmażonego, jędrnego borowika stepowego (czyli właśnie boczniaka mikołajkowego) i skąpane w dość gęstym, serowym (ale o konsystencji śmietany) sosie grzybowym o niezwykle intensywnym aromacie. Niezależnie od tego co myślę o makaronie w fine diningowej restauracji to stwierdzam, że danie jest wyborne a przy okazji niezwykle stosowne do zimowego czasu. Pasta smakuje świetnie, jakby żywcem przeniesiono ją z jesiennej Toskanii (tak wiem, wtedy nie byłoby to linguine i zamiast boczniaka byłyby funghi porcini) Jest jednak jedno ale…

Brakuje temu daniu finezji do której Szef Maciej Siąkowski przyzwyczaja nas w przypadku innych pozycji menu. Danie jest bardzo dobre, ale z innej bajki. Jak cały ten dział w menu zresztą.

o

o

Ole

Ole: „Linguine ze smażonym boczniakiem mikołajkowym i serem Gruyere”

o

o

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, że to zielone to posiekany drobniutko szczypiorek skądinąd bardzo na miejscu w towarzystwie grzybów i sera.

o

o

A teraz najważniejsze: dania główne! Ole!

o

o

Wszystko co do tej pory opisałem to przygrywka do najważniejszej uczty dla podniebienia i oka. Dania główne to nie tylko kuchnia autorska Szefa Siąkowskiego, to doskonała kuchnia autorska. To dania na które warto przyjechać specjalnie. To dania, w stronę których będzie zmierzała (mam nadzieję) cała karta Ole. Trzymajcie się więc bo dopiero teraz zaczyna się ostra jazda!

Ole: Ryba z pure z pasternaku i liściem kaffiru

Na początek muszę przyklęknąć na jedno kolano przez „Dorszem/halibutem z puree z pasternaku i liściem kaffiru” (87 zł) . Jadłem to danie dwa razy próbując w podobnej konfiguracji i dorsza i halibuta. Ten pierwszy przekonał mnie bardziej ale i drugiemu nie odmówiłbym dzisiaj randki. Czego w tym daniu nie ma? Jest i morze i ziemia (ach to puree z pasternaku) Jest i słodycz i kwas i ostrość cudownego chutneya z zielonego chili i limonki kaffir. Jest i umami z boczniaków mikołajkowych tworzące cudowne połączenie grzybów i ryby.  Są wszystkie tekstury od jedwabistej konsystencji puree po chrupkość krążków ziemniaczanego chrustu. Jest wszystko. A na pewno dużo, dużo talentu młodego Szefa ! Jeśli chcecie go poznać zacznijcie od tego dania (jest też jednym z dań menu degustacyjnego)

o

o

Ole

Olè:

o

o

Jeśli jednak wolicie niebanalne w smaku, czerwone mięso, sięgnijcie po „Smażony comber jagnięcy z puree z topinamburu i wiśni” (89 zł).

Miękka i różowa jagnięcina ułożona kostkami do góry jest „osaczona” przez słonecznik bulwiasty czyli topinambur, który występuje tu w formie i puree i chrupkich, lekko skarmelizowanych kawałków. Słonecznik (ale już klasyczny) w postaci prażonych, słodkich ziaren tworzących rodzaj słonecznikowego risotto miesza się z kwaskowatą wiśnią. Dzieje się tu naprawdę dużo, choć ostrzegam! Jeśli ktoś przy mięsie nie lubi smaku słodkiego to może być lekko zdziwiony.

o

o

Olè:

Ole: Smażony comber jagnięcy z puree z topinamburu i wiśni

o

o

Zwolennikom mięsa w bardziej klasycznej postaci rekomenduję „Pierś z perliczki z puree ziemniaczanym i smażoną rzymską sałatą” (69 zł).

Proszę Państwa! Co ja Wam będę pisał! To trzeba po prostu zjeść!. Perliczka w wydaniu Szefa kuchni Ole jest soczysta, ma chrupiącą skórkę i idealnie dobrane dodatki. Bo czyż odrobina puree (tym razem z ziemniaków) może nie pasować do tego delikatnego mięsa? Czy dwie skarmelizowane w redukcji jabłkowej, żółte marchewki i kilka drobnych listków smażonej sałaty rzymskiej z lekkim vinegrette mogą nie stworzyć z usmażonym ptaszkiem idealnego teamu? Nie mogą. Sami sprawdźcie.

o

o

Olè:

Olè:  Pierś z perliczki z puree ziemniaczanym i smażoną rzymską sałatą

o

o

Ole

No i ostatnia mięsna perła menu czyli „Wędzone żeberko wieprzowe, z puree ziemniaczanym i sałatką colesław” (64 zł). Danie poznałem tylko w wersji z menu degustacyjnego, w której (co widać na zdjęciu) puree nie występuje. Ale bez niego też jest nieźle! Mięso jest niezwykle aromatyczne, o aksamitnej nieomal strukturze. Dodatek domowego sosu BBQ, sałatki colesław i chrupiącego chrustu cebulowego z pozoru ciągną danie w stronę ludycznej codzienności ale smaki mocno osadzają je w haute cuisine.

o

o

Olè:

Olè: „Wędzone żeberko wieprzowe, z puree ziemniaczanym i sałatką colesław” – wersja z menu degustacyjnego

o

o

W menu degustacyjnym oprócz tego dania, i opisanego wyżej halibuta znajdują się jeszcze trzy dania nie występujące w regularnej karcie. Jednym z nich jest „Zupa z foie gras ze smażonym boczniakiem mikołajkowym, smażoną kaczką oraz tymiankiem cytrynowym”. Esencjonalny wywar  z pieczonej kaczki i foie gras krył w sobie kawałki podsmażonego grzyba i był zwieńczony  chrustem z mięsa kaczki i kilkoma smacznymi listkami. Tak jak przy każdym menu degustacyjnym podczas serwisu podano nam również dwa znakomite bo nie przekombinowane amuse bouche: „Brzuch troci fiordowej z kimchi, dresingiem z młodego imbiru i soku yuzu” oraz „Antrykot wołowy sezonowany z ketchupem pomidorowym z wanilią, kruszonką ze szpiku kostnego i consomme pomidorowym”. Nie mogę zapomnieć o świetnym „Sorbecie z passiflory ze słonym karmelem z kokosa i białą czekoladą”, który jako deser zakończył posiłek. Inny sorbet:  z kolendry i zielonego jabłka z… zielonym jabłkiem i pieprzem sansho stanowił intermezzo między przystawkami a daniami głównymi.

o

o

Ole

Ole: „Sorbet z passiflory ze słonym karmelem z kokosa i białą czekoladą”

o

o

o

o

Ole! Zmieniaj się szybko!

oo

oo

Czas spędzony w nowym Ole uważam za bardzo przyjemny. To nie znaczy, że nie mam żadnych uwag. Za zmianą wystroju i częściową zmianą menu czas również na zmiany w serwisie. Wydaje mi się, że na dziś nie ma on jednoznacznie zdefiniowanego charakteru. Paniom i Panom Kelnerom trudno cokolwiek zarzucić ale nie opisywanie dań przy ich serwowaniu (przynajmniej w 3 na 4 przypadkach) nie uchodzi w restauracji pretendującej do fine diningu.

Jeśli chodzi o jedzenie to przeczytany wyżej tekst, nie budzi chyba żadnych wątpliwości co do mojego nastawienia do nowej kuchni Ole. Jest to kuchnia świetnie eksponująca starannie dobrane produkty, łącząca śmiało smaki a jednocześnie nie przekombinowana na poziomie prezentacji. Dania nie epatują techniką a ich największym atutem jest smak. Szef Siąkowski pretenduje do fine diningu ale bez wątpienia jest to fine dining „z ludzką twarzą”. Nie ukrywam, że właśnie taki mi najbardziej odpowiada. Dlatego z wielką niecierpliwością będę czekał na koniec „przeobrażania się” restauracji próbując wszelkimi środkami przyspieszyć ten proces. Mam nadzieję, że czytelnicy tego postu mi w tym czynnie pomogą! Tak więc:

Obywatelu Czytelniku i Konsumencie! Bywaj w Ole i żądaj więcej Siąkowskiego w karcie!

Fine Dining FoodSnob , , ,

Winsky – miejsce nad Wisłą z widokiem na fine dining

Winsky – miejsce nad Wisłą z widokiem na fine dining
Winsky

Winsky? – co to właściwie jest do diabła! Z czym to się je? I co to za pomysł otwierać takie miejsce nad Wisłą tuż u progu zimy!!!

Jak zawsze, poznając nową restaurację próbuję uporządkować sobie świat. Oglądam jej profil na Fb, czytam menu, odwiedzam cztery razy i jem, jem, jem i …jem. Tym razem zdziwieniu mojemu nie ma końca! No bo, sami zobaczcie! Patrzę na logo a tu „Wine’n’wisky bar”. A więc BAR! A ale nie! Niby bar a na miejscu znajduję regularną restaurację!

Czytam na FB to co sami piszą o swoich daniach. A piszą, że to  „wersja klasyków z gastro barów na całym świecie”. Czytam a potem, już na miejscu patrzę na zastawiony stół nie wierząc własnym oczom. Bo ta „wersja klasyków z GASTRO BARÓW ” w ogóle nie jest „gastrobaryczna” ! Ba! ona wręcz antygastrobarycznie zerka w stronę fine diningu!

No i wreszcie ta Wisła! Cóż to za lokalizacja! Dobra na letnie wypady. Na małe, jakościowe ale jednak streetfoodowe przegryzki a nie na poważną działalność restauracyjną, prowadzoną w dodatku 365 dni w roku! Jakaś rewolucja? Czy teraz (o zgrozo!) nad Wisłę naprawdę będzie się jeździć również zimą? I to, tym razem na wyborne jedzenie?

Cóż! Może i rewolucja? Bo nie wiem jak inni ale ja na pewno będę jeździł. A tą recenzją będę chciał i Was do tego przekonać!

o

o

Dlaczego będę bywał w Winsky przez cały rok!

o

o

Po pierwsze i najważniejsze: dla jedzenia! Tutejsza karta jest w konwencji polskich tapas, o której nie tak dawno pisałem przy okazji recenzji „Talerzyków” na Mokotowskiej. Oba miejsca łączy pomysł i wysoka jakość, ale tutejsze „talerzyki” są znacznie bardziej kosmopolityczne a dodatkowo pozycjonują się wyżej, zasługując na to by je nazywać „talerzykami w wersji fine diningowej”. Ale więcej o tym za moment!

Po drugie będę tu przyjeżdżał na wino. No, jest tego trochę! Właścicielka – Monika Frendl (z wykształcenia między innymi sommelierka) twierdzi, że ma ponad 300 różnych tytułów a ja patrząc na piękne i pełne półki muszę dać jej wiarę. Ale nie długość listy win będzie mnie tu ściągała a ich dostępność. Większość jest dostępna na kieliszki a 24 „tytuły” umieszczono w Enomaticach czyli urządzeniach, które z jednej strony konserwują wino w otwartych butelkach (powietrze zastępując szlachetnym i obojętnym chemicznie i fizycznie argonem) a z drugiej służą do dystrybucji czyli nalewania do kieliszków.

Winsky

Związana z tym procedura ma niezwykłą moc w sprowadzeniu każdego winoluba na złą drogę. Wino można próbować/pić w ilościach 10/50/100 mililitrów. Urządzenie jest uruchamiane specjalną plastikową kartą, na której elektronicznie notowane są wydatki. Po prostu bierze się kieliszek w jedną łapkę, kartę w drugą i hula po wszystkich 24-ech pozycjach. Czyż nie cudowne? Płaci się później, ale wtedy jest już wszystko jedno.

Winsky po trzecie

Po trzecie będę tu bywał bo w środku jest miły, klubowy, ale nie nadęty wystrój a za oknem cudowna Wisła, na którą dziś zerka się przez okno a od wczesnej wiosny można będzie z to robić z wysokich stołków stojących na wielkim tarasie. Obsługa jest miła i kompetentna, Szef niemal non stop krząta się w półotwartej kuchni a właścicielka czuwa zawsze na miejscu, wspierając gości w doborze wina.

Nie ukrywam jednak, że choć kocham i Wisłę i wino i lubię tak sympatyczne miejsca to najważniejszym dla mnie powodem do bywania w Winsky będzie jedzenie. Pozwólcie więc, że oprowadzę i zapoznam Was z najważniejszymi daniami.

o

o

Karta w Winsky czyli co przegryzać w oczekiwaniu na zamówienie

o

o

 

Menu w Winsky liczy 26 pozycji podzielonych na „zimne” (12), „ciepłe” (11) i „słodkie” (3). Ich autorem jest Szef Kuchni Mariusz Wołosewicz znany świetnie z kilku warszawskich restauracji (ostatnio Sobremesa na Hali Koszyki, wcześniej Sueno Tapas Bar i nie istniejący już Marakesh na Wilczej). Szef Mariusz z racji swoich doświadczeń i umiejętności nie lubi gdy na podawane w Winsky dania mówi się tapas. Szanując jego wolę i biorąc pod uwagę wielkość dań będę więc używał nazwy talerzyki. Mam nadzieję, że Marcin Koch z Talerzyków mi wybaczy!

Pierwsze trzy pozycje karty to typowe szybkie i proste przekąski do wina , między innymi „Sery” (29 zł) i „Wędliny” (21 zł). Choć wśród „serów kontynentalnych” nie brakuje fajnych polskich delicji a jedną z dojrzewających wędlin, jest szynka Joselito z dumnie prezentującego się na stojaku udźca to oba te zestawy traktuje jako pozycje „dyżurne”, które można pominąć. Nie pomijałbym jednak „Przegryzek”, na które może złożyć się kilka różnych miłych dla foodies drobiazgów. Zaliczam do nich fantastyczne zielone i czarne oliwki, marynowane osobiście przez Szefa Kuchni. Do tego całkiem przyjemne (i przyjemnie strzelające na języku) chipsy ze skóry wieprzowej. Jeśli zamówicie pieczywo to zamiast oliwy dostaniecie trzy rodzaje polskich olejów, wśród których obok rzepakowego (mniam, mniam) i słonecznikowego jest też ten najciemniejszy i najlepszy a mianowicie olej z pestek dyni. Więc chrupcie, maczajcie i wchłaniajcie te smaczne drobiażdżki w oczekiwaniu na to co wjedzie za moment na stół.

o

o

Winsky

Winsky: Przegryzki

o

o

Winsky – obowiązkowe pierwsze zamówienie!

o

o

Przychodząc tu pierwszy raz nie możecie nie zamówić trzech najlepszych dań!

Zaliczam do nich świetnego, świeżego „Tuńczyka” (35 zł) podanego z azjatyckim sznytem choć nie bez wątków z innych części kulinarnego świata. Zamawiając to danie koniecznie poproście o to, aby rybę przypieczono palnikiem. Druga wersja, w której obsypany czarnym i białym sezamem bonito jest podpiekany w piecu jest lepsza dla tych, którzy nie lubią „surowizny na talerzu”. Dodatkiem do płatów tuńczyka jest krem z awokado z odrobiną wasabi i cienkimi piórkami chili oraz pyszna sałatka z rzepy, glonów i kiełków.

o

o

Winsky

Winsky: Tuńczyk: Polędwica tataki/awokado/rzepa/sezam/imbir/wasabi (35 zł)

o

o

Koniecznie zamówcie też „Foie gras brulee” (37 zł) czyli jedwabisty mus a właściwie krem z foie gras ukryty jak prawdziwe creme brulee pod skarmelizowana cukrową skorupką. Rozkosznym dodatkiem dla tych delicji są rodzynki marynowane w sauternes, a całość dobrze przegryzać chrupiącym tostem z ciemnego pieczywa.

o

winsky
Winsky

Winsky: „Foie gras brulee: Rodzynki w sauternes/trzcinowy cukier/tost” 37 zł.

o

Winsky

Wreszcie za tym pierwszym razem, koniecznie musicie spróbować tutejsze „Przegrzebki” (37 zł)!

Nie muszę nadmieniać, że same mięczaki są idealnie wysmażone, miękkie a jednak jędrne, skarmelizowane lekko z wierzchu. Ułożone na soczewicy kryją się pod chmurką kokosowej pianki. Orientalny żel z mango jest wyśmienitym dodatkiem, który razem z nutą curry wprowadza nas w kwaśno ostre klimaty Azji. I tylko lekki smak jabłka, który jako wielki jabłkowy wróg wyczuwam natychmiast nieco niepokoi i przeszkadza. Ale bez obaw, bo kto oprócz mnie w tym kraju nie znosi jeszcze jabłek?

o

Wisky!
Winsky

Winsky: „Przegrzebki: Soczewica/curry/pianka kokosowa/żel z mango/jabłko” (37 zł)

o

o

Najedzeni? Jeśli nie lub jeśli tak jak ja możecie obejść się bez deserów to domówcie jeszcze arcyzacny „Boczek” (19 zł)

Tytułowy bohater kryje pod swoją mocno skarmelizowaną zewnętrzną powłoką, cudownie rozpływające się warstwy mięsa i tłuszczu, z którymi świetnie obchodzi się użyty w daniu cydr i przepyszny sos tymiankowy. Dla „zdrowotności” temu okropnemu nosicielowi cholesterolu towarzyszy brokuł podany na dwa sposoby: raz w formie jedwabistego puree a raz w formie lekko al dente (czyżby tylko zblanszowanych? ) konarów brokułu łodygowego. Gdzieś tam jeszcze zachrupie znany z „Przegryzek” czips ze świńskiej skórki i gotowe. Odjazd! Ja w każdym razie odjeżdżam z rozkoszy!

o

o

Winsky:

Winsky: „Boczek: Puree z brokułów/brokuł łodygowy/cydr/sos tymiankowy/chrupiąca skórka” (19zł )

o

o

o

o

Winsky na drugi raz!

o

o

Podobno jeśli pierwsza wizyta w restauracji budzi Twój zachwyt, podczas drugiej oczekuj zawodu. No może nie sprawdza się to zawsze, ale na wszelki wypadek idąc po raz drugi do Winsky zamówcie kolejne trzy pewniaki.

Na początek proponuję „Królika” (23 zł). Brzmi to poważnie ale na szczęście nie chodzi o całe zwierzę a jedynie o wyborną terinę przygotowaną z jego najsmaczniejszych kawałków. Terina, w środku której pyszni się smakowity pasek foie gras otulona jest ciastem francuskim. Niby jest francusko ale ni stąd ni zowąd (nieoczekiwanie i jakże pysznie) Szef podaje do niej różyczki kalafiora w cudownym pełnym kurkumy sosie picallilli! Ale to nie koniec! Żeby nie było za bardzo po „brytolsku” na wierzchu Szef kładzie płatki, słodkich kasztanów jadalnych. Cudowna karuzela smaków! Polecam przejażdżkę!

o

o

Winsky:

Winsky: „Królik: Terrine/foie gras/piccalilli/ciasto francuskie/kasztany”  (23 zł)

o

Winsky

Po pysznym ale zimnym króliku czas na coś ciepłego. Na początek proponuję „Małże” (19 zł) czyli zapieczone mule pod kołderką z bacalhau czyli z solonego, suszonego dorsza. Danie nawiązujące do kuchni portugalskiej i trochę hiszpańskiej jest dość wyraźnie słone i ostre. Słone bo bacalhau nawet po obowiązkowym namoczeniu ma w sobie moc morskiej soli a ostre bo ręka szefa szczodrze posypała danie przed zapieczeniem piórkami chili zmieszanymi z plasterkami orzechów włoskich. Konfuzję budzi jedynie sposób podawania. Zapiekanie muli w muszlach ostryg to może i znany sposób ale niezależnie od zdziwienia przy podawaniu („ja proszę Pana nie zamawiałem ostryg!!!”) mnie nie pasujący do formuły tutejszego serwisu.

o

o

Winsky:

Winsky: „Małże: Mule/solony dorsz/orzechy laskowe/czosnek/chili” (19 zł)

o

Winsky

Kolejnym daniem, które powinniście zamówić jest Gęś (34 zł). Polecam to danie mimo, że za pierwszym razem trafiła mi się nieco przeciągnięta pierś. Bez względu na tę drobną i jednorazową wpadkę danie jest niezwykle interesujące. Rzeczona pierś, spoczywająca na słodkim puree z kasztanów, podlana jest bardzo przyjemnym demi glasem. Świetnie uzupełnia to zestawienie skarmelizowana śliwka. Ale prawdziwym hitem jest gołąbek wypełniony szarpaną, konfitowaną gęsiną. Gołąbek, przypominający wielkością i wyglądem zewnętrznym dużą brukselkę zrobiony jest z liścia jarmużu. Ułożone na mięsie jarmużowe chipsy są więc naturalnym uzupełnieniem dania i jego tekstur

o

o

Winsky:

Winsky: „Gęś: puree z kasztanów/różowa pierś/gołąbek z nogi/śliwka” (34 zł)

o

o

Winsky na zimowe popołudnia i wieczory.

o

o

Ponieważ, gdy piszę te słowa za oknem pada właśnie śnieg z rozkoszą myślę o powrocie do Winsky na jego typowo zimowe, jednogarnkowe i pełne kalorii „talerzyki – miski”.

Przede wszystkim myślę o sycącej „Zupie Rybnej”. (25zł) Tak naprawdę, to żadna z niej zupa tylko regularny chowder ale podobno Szef Mariusz się uparł, na używanie tej nazwy uznając, że prawdziwy chowder jest jednak nieco inny. Kłócił się o to nie będę ale faktem jest, że zupa konsystencją bardziej przypomina angielski, rybny gulasz niż rybną zupę z południa Francji. Znajdziemy w niej całkiem spore kawałki łososia, pstrąga tęczowego, halibuta a dodatkowo również mule. Sporo tam warzyw a do dania dołączona jest grzanka. Więc całość syci i rozgrzewa, zniewalając smakiem.

o

o

Winksy

Winsky: „Zupa rybna: Mule/ryby morskie/warzywa/grzanka” (25 zł)

o

Winsky 

Idealna o tej porze jest też „Jagnięcina” (29 zł) czyli kawałek łopatki i żeberko długo duszone z warzywami. Podane w żeliwnym, gorącym garnuszku zachwyca jedwabistością mięsa i warzyw oraz mocnym, w duchu angielskim kontrapunktem w postaci miętowej galaretki. A jaj jaj! Zimo trwaj! Szczególnie przy takich daniach!

Winsky

o

Winsky: „Jagnięcina: Duszona łopatka/żeberko/warzywa/galaretka miętowa” (29 zł)

o

o

I wreszcie ostatnia typowo zimowa propozycja czyli „Ser i trufle” (31 zł) Danie jest oczywiście prawdziwą bombą kaloryczną. Ser, żółtko i grzanka dostarczają bimbaliony kalorii. Ale choć jak twierdzi obsługa wszyscy się nim zachwycają ja jestem tu mniej entuzjastyczny. Po pierwsze mimo, że trufla zimowa jest świeża i ucierana w kuchni tuż przed wydaniem, to czy to ze względu na rodzaj tarki (nie jest to truflowa gitara dająca cieniutkie plasterki ale zwykła drobna tarka) czy może na rodzaj sera, dość, że smak trufli ginie w daniu. Szkoda, bo wszelkiego rodzaju melty i zapiekane racletty to dania przeze mnie uwielbiane a dodatek trufli na ogół wynosi je na wyżyny. A może, warto wzorem włoskich restauracji cenę dania uzależnić od ilości trufli ścieranej na ser już na stole, ( w ilości zindywidalizowanej wg życzenia gości) i ważonej przed i po? Wtedy mógłbym pokochać to danie zdecydowanie bardziej.

o

o

Winsky

Winsky: „Ser i Trufle: Dojrzewający ser/żółtko/trufla/grzanka”  (31 zł)

o

o

o

o

Winsky – dania drugiej kolejności spożywania.

o

o

Tak! co oczywiste są tu i takie dania. Winsky istnieje od niespełna miesiąca więc karta siłą rzeczy ma jeszcze słabsze pozycje. Nie zdziwię się,  że gdy tam traficie będą już udoskonalone bądź zmienione.

Chyba najmniej do poprawy jest w tutejszym tatarze tu znanym jako „Wołowina” (24 zł)

Właściwie niczego w tym daniu nie brakuje. Wołowina jest naprawdę przednia, dobrze siekana by nie powiedzieć, że wręcz szarpana. Suwidowane w 63 stopniach żółtko zachowuje wystarczającą płynność zapewniając dzięki obróbce termicznej w souse – vide bezpieczeństwo. Zamiast klasycznych grzybków mamy własnoręcznie marynowane shitake. Mocno grzybowe ciasteczko dostarcza sporej porcji umami i przyjemnie chrupie na języku. Jest i ostra dijon, wybitny olej rydzowy a nawet wędzona sól.

WInsky

Brakuje tu tylko pewnej elegancji w podaniu: mięso jest uformowane w duży, mocno przyciśnięty placek, który sugeruje, wbrew stanu faktycznemu jego zmasakrowanie. Shitake maja naprawdę dobry smak ale ich wygląd budzi mieszane uczucia – znacznie ładniej wyglądają marynowane shimeji tak jak te w tatarze Bartka Szymczaka w Rozbrat 20. Wędzona sól jest genialnym dodatkiem ale zamiast ułożyć ją z boku potraktowałbym nią mięso od razu z góry. Ona naprawdę nadaję indywidualny charakter temu tatarowi, więc warto sprawić, aby już pierwszy kęs był nią wzbogacony. Bo jak wiadomo każdy miesza tatara inaczej!

o

o

Winsky

Winsky: Wołowina: Tatar/żółtko/ciasteczko grzybowe/shitake/dijon/olej rydzowy/sól wędzona (24 zł)

o

Winsky!

Inaczej rzecz ma się z „Pstrągiem i łososiem” (21 zł). Tu prezentacja jest naprawdę ładna za to brakuje smaku. Domowy gravlax marynowany jest w wersji zarówno bez buraka (to mogę zrozumieć) jak i bez koperku (tu gorzej) Brakuje mu zwyczajnie kopa czy też jak kto woli „zakręcenia”. Kompletnie nie podkręcona , choć ładniutka jest tez terina z pstrąga. Podanie do tego rolek z bodaj odrobinę skompresowanego ogórka i kilku dodatków, które miały podkręcić danie nie rozwiązuje problemu głównego składnika. Za mało tego: ani odrobina ikry ani tym bardziej żelki (między innymi ogórkowy) nie są w stanie ożywić całości. Jedynie upojna, genialna wręcz galaretka z torfowej whisky (10 letni Talisker Single Malt) nadaje mu jakiegoś charakteru. Ale to ciągle za mało! Stąd moja prośba: idźmy więc w tę stronę Szefie! Trochę odważniej!

o

o

Winsky:

Winsky: „Pstrąg i łosoś: gravlax/mus/ikra/ogórek/whisky torfowe” (21 zł)

o

Winsky

I wreszcie ostrygi. Lubię ostrygi. Kocham je miłością wielką! Mimo niechęci do rankingów „popełniłem” nawet rok temu tekst o „Top 5 najlepszych ostryg w Warszawie”. Ale te w Winsky nie powaliły mnie na kolana. Ta klasyczna z winegretem na occie shery i szalotką była niezła, ale ta druga smażona w panko z aromatem palonej herbaty to, bardzo przepraszam Szef, nieporozumienie.

o

Winsky

Winsky:

Winsky: „Ostrygi: tempura/palona herbata/vinegrette/ocet/sherry” (31 zł)

o

Winsky!

O mało co zapomniałbym o „Burgerze” (17 zł)! Uspokajam – jest jak najbardziej w porządku. Nawet zdecydowanie więcej niż w porządku!

Świetna wołowina, zrobiony z niej kotlet różowy w środku i bardzo kreatywne dodatki. Zamiast sałaty grillowana cykoria. Majonez? Tak ale truflowy. Pomidor – jak najbardziej ale w formie tapenady z suszonego pomidora. A do tego czarny czosnek, domowa bułeczka. Wszystko naprawdę świetnej jakości choć przy jednoczesnym zamówieniu innych dań blednie (np. przy boczku, czy gęsi).

Pamiętam, że Szef miał również słabość do burgera w Sobremesie. Ale o ile tam jakoś to mi nie przeszkadzało, to tu nie pasuje mi to do koncepcji całej karty. No chyba, że będę wpadał na wino z dziećmi! Czy jednak nie zabierają za to praw rodzicielskich?

o

o

Winsky

Winsky: „Burger: Wołowina/majonez truflowy/czarny czosnek/grillowana cykoria/suszony pomidor (17 zł)

o

o

o

o

Winsky moim przyjacielem jest!

o

o

Gdy tuż obok, w tym samym budynku otwierał się w czerwcu Zachodni Brzeg powiało nadzieją na godziwą strawę nad Wisłą. Ta nadzieja przygasła ale teraz znów jest żywa bo pojawił się Winsky. Obok jest jeszcze jedno miejsce i to na dużo większą na restauracje. Podobno jest nią zainteresowany znany restaurator warszawski. Nie czekając jednak na to co tam się jeszcze otworzy i kto tam nas jeszcze będzie karmił już teraz gnajcie nad Wisłę do budynku The Tides obok Mostu Poniatowskiego. Gnajcie, bo tam naprawdę dobrze karmią i poją. Ja Wam to mówię FoodSnob! Smacznego!

PS. Jeśli z punktu widzenia blogera restauracyjnego Winsky ma jakąś wadę to jest nią światło. To widać po zdjęciach, za jakość których przepraszam. Ale za to nastrój jest!

 

o

o

Winsky
Szef: Mariusz Wołosewicz
Wioślarska 10, Warszawa
Facebook: https://www.facebook.com/pg/WinskyWineWhiskyBar/
Rezerwacje: 881 688 222
nie, pon, wto, czw: 12:00 – 22:00
śro: 16:00-22:00
pią: 12:00 – 01:00
sob: 12:00 – 23:45
Casual FoodSnob , ,

Winosfera – relacja z testu

Winosfera – relacja z testu

Winosfera

Od kilku miesięcy warszawscy foodies mają możliwość testowania restauracji i jedzenia pysznych dań za mniejsze kwoty niż te, które widnieją w menu. Opencard, znany dotąd wyłącznie ze swojej restauracyjnej karty rabatowej wprowadził na rynek nową ofertę, którą są zaproszenia na menu degustacyjne do naprawdę ciekawych restauracji warszawskich. Za cenę 169 złotych można zjeść degustacyjne zestawy w takich miejscach jak Chłodna 15 by Wilamowski, Winosfera, La Rotisserie czy Brasserie Warszawska. Są również zaproszenia tańsze dające możliwość sprawdzenia menu degustacyjnego w takich miejscach jak Ceviche Bar, Casa Pablo, The Bell czy Bez Tytułu. Co ważne w części z tych restauracji nie ma menu degustacyjnego w regularnej karcie co czyni tę ofertę jeszcze bardziej atrakcyjną.

Korzystając z uprzejmości Opencardu postanowiłem odświeżyć sobie smaki Winosfery i przy okazji przetestować „jak to działa”. Post ten nie ma więc charakteru recenzji, ale jest zwykłą relacją z kolejnej gastro-przygody.

o

o

Jak to działa?

O

O

System zakupu zaproszeń na menu degustacyjne nie jest skomplikowany. Na stronie firmy, w odpowiedniej zakładce można zapoznać się z dostępnymi ofertami a po kliknięciu w wybraną, sprawdzić co kryje się za określoną ceną (liczba i rodzaj dań, przykładowe menu, etc) Trzeba jednak pamiętać o dwóch kwestiach. Każde zaproszenie ważne jest 90 dni od daty zakupu a chcąc z niego skorzystać, trzeba zrobić rezerwację na 48 godzin przed kolacją. Ten czas mógłby być nieco krótszy ale jak rozumiem, w przypadku restauracji nie serwujących menu degustacyjnego na co dzień, jest niezbędny do poczynienia odpowiednich przygotowań.

Zaproszenie może być pobrane elektronicznie i wyświetlone w restauracji przez aplikację mobilną albo na życzenie nabywcy przesłane w fizycznej, papierowej formie na wskazany adres.

O

o

Winosfera

o

o

O

Winosfera by Opencard

O

O

Winosferę wybrałem dlatego, że ostatni raz byłem tam ponad półtora roku temu. Oczywiście byłem tam też kilka razy wcześniej. Jednak pogoń za smakami nowo otwieranych restauracji spowodowało, że do tych oddalonych od centrum i od Mokotowa trafiam rzadziej niż kiedyś.

Winosfera działa już kilka lat. W otwartej kuchni restauracji od samego początku króluje Szef Kuchni Jakub Adamczyk, który kształcił się w Londynie, studiując International Culinary Arts na University of West London. Podczas studiów zdobywał doświadczenie zawodowe w dwu gwiazdkowej restauracji The Square z Philipem Howardem, w Mirabelle z Marco Pierre White`em , z Martinem Caws w Village East oraz jako Head Chef w Mews of Mayfair. Po powrocie do Polski był Sous Chef’em w restauracji Amber Room.

Kuchnia Winosfery łączy wiele różnych wątków światowych. Mamy tu trochę technik i smaków Francji i Włoch. Gdzieniegdzie pokazują się azjatyckie wtręty, a polskość wyziera na poziomie doboru niektórych produktów. Karta zmieniana sezonowo, ma podobną od lat strukturę a w daniach królują ulubione produkty szefa: przegrzebki, grzyby, foie gras i ryby morskie.

Jedna z dwóch sal restauracyjnych współdzieli przestrzeń z winoteką, której obecność jest dodatkowym atutem miejsca. Zamiast ograniczać się do karty win, można wstać, wybrać wraz z sommelierem wino z półki i dopłacając 25 zł do ceny sklepowej wypić je podczas posiłku.

Menu degustacyjne w Wiosferze, dostępne za sprawą Opencardu składa się z dwóch starterów, dwóch dań głównych i deseru. Wino, woda, kawa i … napiwek nie są włączone do zestawu co oznacza, że trzeba za nie zapłacić oddzielnie już po posiłku.

Winosfera nie ma w tej chwili menu degustacyjnego w karcie. Natomiast wszystkie serwowane dania w ramach oferty Opencard są dostępne w ofercie a la carte. Porcje podawane w ramach menu degustacyjnego są oczywiście mniejsze niż standardowe, ale większe niż w typowych menu degustacyjnych w restauracjach warszawskich.

o

o

Winosfera na start(er)

o

o

Pierwsza przystawka to genialne połączenie zaskakującego puree przygotowanego ze świeżych migdałów z lekko zgrillowanym serem i galaretką z wina. Szczególnie ciekawie smakuje kalafiorowo-rodzynkowe pesto. W przystawce właściwie brak jakichkolwiek, zbędnych elementów – wszystko się komponuje idealnie, tworząc spójną całość. Chrupiący bon bon różnicuje tekstury i czyni danie mniej monotonnym na podniebieniu.

O

O

Winosfera

Winosfera, menu degustacyjne, przystawka:Kozi ser Rocamadour, puree z migdałów, bon bon orzechowy, pesto z kalafiora i złotych rodzynek

O

O

Drugą przystwką menu są małże świętego Jakuba. Idealnie wysmażone przegrzebki podane są na żelu z marakui z sosem tom kha kai oraz odrobiną gotowanego lubczyku, oliwy lubczykowej i frytowaną kaszanką (bez kaszy) uformowaną w kulę i panierowaną panko. Sos zrobiony jest na bazie znanej tajskiej zupy o tej samej nazwie z wyraźnymi nutami galangalu, trawy cytrynowej, lemonki kaffir, chili i mleka kokosowego. Przenosi nas to kulinarnie do Azji, choć połączenie z kaszanką wskazywałoby na inspiracje Francją. Danie jest świetne a jedyna moja uwaga dotyczy zestawienia marakui i kaszanki. Ta ostatnia kocha trochę więcej słodyczy w owocowych dodatkach. Żel z marakui w mojej opinii jest nieco za kwaśnym towarzyszem boudin noir.

O

O

Winosfera

Winosfera, menu degustacyjne, przystawka:Małże świętego jakuba, kaszanka, tom kha kai, marakuja, lubczyk

O

O

O

o

Winosfera na główne czyli ryba i mięso

o

o

Tytułowym bohaterem pierwszego dania głównego jest turbot. Do gotowanej delikatnej ryby podane są niezwykle pasujące, czarne od atramentu gnocchi z kawałeczkami boczku oraz kostka skarmelizowanego z wierzchu, długo duszonego więc rozpływającego się w ustach boczku. Zielone, wyraziste akcenty wnoszą kwiaty kalafiora romanesco oraz gałązki solirodu. Tłem dla tej różnorodności jest pełne ziemistych smaków puree z rzepy. Kilka płatków grzybów dostarcza odpowiedniej porcji umami. Co ciekawe, sos który łączył składniki w spójną całość to typowy mięsny, sos brun. Jako „łącznik” spisuje się znakomicie

O

O

Winosfera

Winosfera, menu degustacyjne, danie główne: Filet z turbota, gnocchi z duszonym boczkiem puree z rzepy, romanesco

O

O

Pomiędzy rybą a mięsem na stół wjeżdża klasyczny, odświeżający kubki smakowe sorbet. Mała rzecz a smaczna i pożyteczna. Szczególnie przed polędwicą wołową.

o

o

Winosfera

Winosfera: intermezzo

o

o

Drugie danie główne jest bowiem dedykowane fanom czerwonego mięsa. Pod zacnym jakościowo kawałkiem polędwicy chowa się ecrazes z borowików z ogonami wołowym i zblanszowany szpinak. Mięso jak wiadomo lubi smak ziemi, a tego jest w daniu sporo. Czujemy go przede wszystkim w dwóch łezkach puree z brukwi z dodatkiem miodu. Jest też w topinamburze, selerze naciowym i mocno przypalonej połówce szalotki. Sos porto, kojarzony przez mnie bardziej z kaczką daje sobie również świetnie radę w tańcu z wołowiną.

O

O

Winosfera

Winosfera, menu degustacyjne, danie główne: Polędwica Wołowa, brukiew z miodem topinambur, grzyby, sos porto

O

O

o

o

Winosfera deserowa.

o

o

Jedząc deser myślami byłem przy mojej koleżance prowadzącej znany i popularny blog restauracyjny Froblog.pl. Joanna znana ze swej awersji do fondantów czekoladowych miała by tu używanie!

Ale ja fondantów nie zwykłem tępić chyba, że są nie udane. Ten był zrobiony starannie a klasyczne połączenie czekolady i wiśni sprawdziło się jak zawsze. Lody ze śliwowicą były chyba najbardziej oryginalnym z dodanych do deseru dodatków.

o

o

Winosfera

Winosfera, menu degustacyjne, deser: Fondant z ciemnej czekolady, puree z wiśni, piana z mascarpone, lody ze śliwowicą.

o

o

o

o

Winosfera – kuchnia która niczego nie udaje

o

o

Decyzja o wyborze Winosfery jako przedmiotu testu oferty Opencard okazała się doskonała. Mam wrażenie, że przez ostatnie półtora roku zaszła tu zmiana na lepsze. Kuchnia jest bardziej finezyjna i oparta o naprawdę dobry jakościowo i świeży produkt.

Industrialne wnętrze, otwarta kuchnia ocieplają fine diningowy sznyt serwowanych dań. Prezentacja dań jest typowa dla tego typu restauracji, ale nie ma tu typowych „przegięć” z tym związanych. Dania pięknie prezentują się na tle czarnych obrusów.

Restauracja jest duża, więc nie zawsze możemy liczyć tu na gwar rozmów przy sąsiednich stolikach. Jednakże mimo nieoczywistej pory (16:00, sobota) wokół nas było kilka osób.

Ta część Warszawy zmienia się błyskawicznie. Kilkaset metrów dalej wyrasta nowe, warszawskie city, a w okolicy w ciągu dwóch lat przybędzie ponad 1500 mieszkań na terenach byłych browarów i mennicy. Myślę, że to ostatnie chwile do odwiedzenia tego miejsca przez te osoby, które cenią sobie spokój podczas posiłków. Ja na pewno będę tu wpadał i to nie tylko przy zbieraniu materiałów do kolejnej recenzji. Po prostu na dobre jedzenie.

o

o

o

o

Winosfera
Szef: jakub Adamczyk

 

Chłodna 31, 00-867 Warszawa
rezerwacje:
+48 22 526 25 00
+48 661 439 091
chlodna31@winosfera.pl
godziny otwarcia
poniedziałek-piątek: 12:00 – 23:00
Sobota: 15:00 – 23:00
niedziela – nieczynne

 

 

 

Fine Dining FoodSnob, Testy, rankingi, wydarzenia FoodSnob , , ,
Go Top