Posts Tagged “Hala Koszyki”

Warszawski Sen o gwiazdkach

Warszawski Sen o gwiazdkach

Jak wynika z opublikowanego w wiosennym numerze magazynu ELLEMAN artykułu „Pasja na talerzu”, Mateusz Gessler – właściciel restauracji Warszawski Sen postawił sobie za cel zdobycie w ciągu trzech lat gwiazdki Michelin dla swojej restauracji. Wydaje się, że cel to odległy i to nie tylko w czasie. Kuchnia Warszawskiego Snu jest porządna, wręcz po poznańsku solidna ale daleko jej do gwiazdkowego poziomu. I choć pretenduje do fine diningu, to nad jej prezentacją warto popracować. W kilku przypadkach zresztą nie tylko nad prezentacją.

o

o

Warszawski Sen działa od 8 lutego.

o

o

Długie menu (24 pozycje) spowodowało, że potrzebowałem aż pięciu wizyt by przejść przez najważniejsze pozycje. Dzięki temu miałem okazję obserwowania procesu dojrzewania restauracji przez jej pierwsze dwa miesiące działania. To ważne, bo restauracja ma rozmach i jej uruchomienie bez wątpienia wymagało ogromu pracy.

Wnętrze jest ascetyczne i intrygujące przestrzennymi, geometrycznymi kompozycjami z metalu autorstwa rzeźbiarza Tomasza Górnickiego. Jego surowość przyjemne ociepla ogromna, otwarta na salę (choć przez szybę) kuchnia i muzyka na żywo, płynąca ze stojącego pod panoramicznym oknem fortepianu. Liczna obsługa budzi lekki śmiech widokiem białych rękawiczek, których zakładanie jest wymagane przez właściciela. Na szczęście nie zawsze skutecznie. Co wychodzi restauracji na zdrowie, bo te białe rękawiczki kompletnie nie pasują. I do lokalu i do obsługi, która choć miła i sympatyczna, jest bardzo nierówna i na ogół odbiega od typowego dla fine diningu i „białych rękawiczek” poziomu.

o

o

Szukajcie wśród przystawek!

o

o

Najdłuższą część karty stanowią przystawki. To cieszy, bo jeśli chcecie znaleźć szybko coś naprawdę dobrego to szukajcie właśnie wśród nich.

Lekko słony „śledź marynowany w oleju lnianym” (28 zł) podawany jest z połówkami ziemniaków, jabłkiem śmietaną i cebulą. Nie zaskakuje, ale filet jest naprawdę wyborny więc jeśli jesteście fanami śledzi bierzcie go śmiało.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Za to zaskoczą Was na pewno „ślimaki winniczki duszone w winie z czosnkiem niedźwiedzim” (29 zł). Tak jak i w przypadku śledzia porcja nie jest wielka za to smak zdecydowanie tak. Kilka miękkich ślimaków otoczonych zawiesistym winnym sosem z listkami czosnku niedźwiedziego spoczywa na podłużnej grzance. Dekoracją tego prostego i akurat ładnego talerza są trzy lekko zamarynowane, żółte pomidorki i gałązka przysmażonego na chrupko koperku.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Z tym pysznym maleństwem konkurować mogą śmiało „cynaderki cielęce duszone w maderze z tymiankiem” (26 zł) Sprężyste podroby zachwycają teksturą. Smak prostego ale fantastycznie współpracującego z kawałkami cielęcych nerek sosu podkręcony jest kwaśnym rokitnikiem. Ten ostatni na zmianę z jarzębiną będzie pojawiał się w wielu daniach. Również z ażurowymi chipsami a szczególnie z zielonym pudrem zetkniecie się jeszcze nie raz.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Warszawski  Sen i jego tatar

Warszawski Sen to również całkiem niezły „befsztyk tatarski” (38 zł). Tatar jest siekany przy gościach. I to naprawdę siekany – bez żadnego ściemniania i przywożenia na wózku wcześniej zmielonego mięsa. Do wyboru jest kilka typowych dodatków czyli cebula, ogórki, grzybki ale i anchois, który dzielnie zastępuje klasyczną dla „warszawskiego tatara” wędzoną sardynkę .

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Do grona przyjemnych zaskoczeń dołączyłbym jeszcze „sałatę z pieczonym żółtkiem podaną z kwaśną śmietaną i prażoną cebulą dymką” (28 zł) Prosty, smaczny mix składników. Liście sałaty, parę jagód jarzębiny i rokitnika, pomidorki i pieczone żółtko. To ostatnie jak się okaże później, dołączy do grupy dyżurnych „składników” talerzy. Tu jeszcze nie drażniło, grając w tej samej smakowej drużynie podczas późniejszych wizyt na talerzu zaczęło co najmniej zastanawiać.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

Smardze raz!o

W pierwszy kwietniowy piątek w Warszawskim Śnie pojawiły się „wiosenne smardze” (39 zł). Pojawiły się i poważnie zagroziły cynaderkom i ślimakom ich liderskich pozycji. Delikatne (i chronione w Polsce!!) grzyby po podduszeniu na patelni znalazły się na patelni w towarzystwie ptysiowych groszków (coś musiało chrupać… oprócz dyżurnego chipsa, który oczywiście wieńczył dzieło), podsuszonych owoców jeżyny i … jarzębiny. Zbudowany na bazie śmietanki sosik i krople zielonego oleju delikatnie dodawały charakterystycznego zapachu czosnku niedźwiedziego. Na tę prawdziwą rozkosz szykowałem się podczas kolejnej wizyty niestety smardze nie dojechały. Mam nadzieję, że będziecie mieli więcej szczęścia.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Warszawski Sen – rozczarowania.

Spośród degustowanych przystawek rozczarowały mnie tylko „zielone szparagi z pianką z parmezanu” (38 zł) i comber z sarny.

Szparagi kocham miłością wielką, ale te hiszpańskie, to przepraszam, bezsmakowe zawracanie głowy. Do tego mało wyrazista pianka, pieczone, opanierowane żółto również nie epatujące smakiem. Właściwie całe danie cierpiało na brak smaku, no bo skoro szparagi ich nie miały… . Za to pudrów było co nie miara – w trzech kolorach! A do tego? a jakże jarzębina!

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Nie przekonały mnie również „medaliony z combra sarny serwowane na zimno z czarnym czosnkiem” (38 zł) . Danie minimalistyczne ale za to bogate w typowe dla tutejszej kuchni „dekory”. Mamy więc zielony puder, obowiązkową jarzębinę, pojawiają się jadalne kwiatki . Mięso było doskonale upieczone ale pozbawione smaku. Wręcz sterylne! Za to warzywny, mocno zredukowany sos o wyraźnym jałowcowym posmaku świetnie do niego pasował. Salsa z mango już mniej ale za to jej obecność zaskoczyła i urozmaiciła „leśną dominantę” dania. Tym niemniej całość nie obroniła się a pretensjonalna prezentacja dania stała się dla mnie ikoną tutejszej szkoły składania talerzy.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Warszawski sen – zupy

Z zup z czystym sumieniem mogę polecić esencjonalne „consomme z warzywami i cherry” (36 zł) a jeszcze bardziej „krem z raków” (48 zł) . Ten esencjonalny i gęsty bisque , skrywający w sobie kilka raczych ogonów jest absolutnie przepyszny. Kapka śmietany z uplasowanym na niej groszkiem ptysiowym pasuje do niego w punkt. Kilka kropel oliwy dopełnia danie.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Dania główne podzielone na mięsne i rybne/vege. Zacznijcie od tych drugich.

o

o

Są tu dwa przyzwoite risotto (– z grzybami, 46 zl i – z młodymi warzywami, 46 zł). Niezłe ale nie na tyle, żeby się nad nimi długo rozwodzić. Skupcie się lepiej na rybach!

Jest wśród nich skrei (już po sezonie ale ciągle ponoć świeży) wymiennie z bałtyckim turbotem z pieca chlebowego. Z tego samego pieca pochodzi fantastyczny „sandacz pieczony na hercie” (62 zł) Pokaźnych rozmiarów filet wieńczy niecodzienne jajko w koszulce (souse vide było w użyciu? ) z pióropuszem czarnego, ażurowego chipsa. Danie buduje wspaniały sos chrzanowy robiony na bazie wina, śmietany i świeżego chrzanu. Zmieszany z siekanymi białkami gotowanych jajek tworzy fundament dla ryby. Gdzieś między warstwami pojawia się blanszowany szpinak. Całość? 10 /10.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Wybór „głównych mięs” jest bardzo szeroki. Polecaną przez serwis „kaczkę z Ostrowa Wielkopolskiego pieczoną a ‘la doktor” (64 zł) odradzam. Przepraszam, ale śp. dr Jan Kulczyk, który zawsze wpadał do Gesslera na taką kaczkę miał zdecydowanie inny gust niż mój. Idźmy po kolei. Sama kacza pierś jest bez zarzutu. Chrupiąca skórka. Mięso miękkie, choć mogłoby być nieco bardziej różowe. Ale punkt dla kuchni! Dodatek pokrojonego w kostkę, podsmażonego ale ciągle kruchego i chrupkiego jabłka ? Kolejny punkt. Mocno słodki, owocowy sos na którym to wszystko spoczywa? Hm! Co z tego, że bogaty, z lekką dominantą pomarańczy, ale i z wyczuwalną nutą miodu! Za słodki! Nieznośnie słodki! Nic nie pomogło wytrawne puree ziemniaczane o delikatnym smaku borowików. Całość nieznośnie słodka! Wybacz Doktorze Janie! To nie dla mnie!

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Przepiórka jak Warszawski Sen

Za to faszerowana „dzika przepiórka w karmelizowanej śmietanie z wędzonymi śliwkami i gruszką” (54 zł) smakowo jest niemal bez zarzutu. Dwa ptaszki przynoszone są w przepięknym, czerwony i arcydrogim, żeliwnym garnku firmy Staub. Do tego w oddzielnych zgrabnych porcelanowych naczynkach z pokrywkami na stół trafiają: puree z kasztanów i batatów, oraz lekko marynowane, gotowane buraczki. Za sprawą obsługi ptaszki, układane są na talerzu na którym spoczywa już otoczone panierką żółtko confit oraz tajemniczy (tym razem biały) puder. Zabawy z ptaszkami co nie miara, ale warto uzbroić się w cierpliwość bo delikatne mięso cudownie smakuje w połączeniu ze świetnym sosem. Mimo obaw nadzienie z wędzonymi śliwkami nie jest zdominowane dymnym posmakiem. Jedyna uwaga to nadmiar batatów w puree z kasztanów jadalnych. Znów zabójcza słodkość dała się we znaki. Wrrr!

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Wreszcie na koniec danie, które w karcie brzmi niezwykle enigmatycznie. „Filet mignon z jelenia” (68 zł) zaskakuje i na talerzu i na podniebieniu. Trzy medaliony wybornie usmażonej dziczyzny zwieńczone są plasterkami borowika. Obok nich na talerzu pysznią się różnymi kolorami trzy warzywne „wieżyczki” , każda z czapką z mocno czosnkowej i pietruszkowej, zasmażki z tartej bułki. Pierwsza wieżyczka to rodzaj quicha z porów. Następna to złożony z plasterków i musu buraczkowy walec. I ostatnia to coś w rodzaju „ziemniaków dauphine” w których zamiast kartoflanych plastrów użyto plasterków pasternaku. Oczywiście nie mogło zabraknąć jarzębiny i zielonego pudru, ale w tym wypadku byłem gotów o nich zapomnieć. Tak podaną dziczyznę lubię, cenię i szanuję.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Warszawski Sen. Mój czy nie?

o

0

Warszawski Sen by Mateusz Gessler bez wątpienia okaże się sukcesem. Właściwie już się okazał. Celebryci, dotąd bywający w leżącej naprzeciwko „Werandzie” coraz bardziej garną się do najnowszego dzieła Mateusza Gesslera. I słusznie bo mimo moich uwag to kuchnia o niebo, ba! o cztery nieba lepsza niż ta w Werandzie . Zresztą chyba nikt z restauracyjnych graczy nie karmi tak dobrze na Koszykach jak Mateusz Gessler. Zarówno jego Ćma ( o której przeczytasz tutaj) jak i Sen przebijają wszystkie inne „koncepty restauracyjne” w Hali.

Ale mnie do regularnego bywania w Warszawskim Śnie brakuje kilku korekt w zbyt długiej karcie, bardziej zróżnicowanej, choć mniej efekciarskiej prezentacji dań i symbolicznego zdjęcia „rękawiczek”. Bo może celebrytom i coraz mocniej widocznym na sali przedstawicielom biznesu to odpowiada, ale mi nie. Nie mój klimat. Ani to fine dining ani fajny klimat. Więc mimo, że do paru talerzy zatęsknię, to pewnie wrócę do Warszawskiego Snu, dopiero wtedy gdy ta zacznie latać niżej i będzie mniej korpo i glamour. A i oczywiście będzie przy tym co najmniej tak „porządnie smaczna” jak teraz.

Warszawski Sen by Mateusz Gessler
Szef: Mateusz Gessler i Robert Kondziela
Hala Koszyki, Koszykowa 63
www.mateuszgessler.com.pl
rezerwacje: 22 221 81 76

Casual FoodSnob, Fine Dine FoodSnob , , , ,

Port Royal. Jadalna przystań w Hali Koszyki.

Port Royal. Jadalna przystań w Hali Koszyki.

Port Royal, Hala Koszyki

O Hali Koszyki napisano już mnóstwo tekstów. Były relacje z otwarcia, sporo artykułów na temat generalnego „konceptu” nowej Hali i jeszcze więcej hejtu na ten temat. Były listy restauracji i barów i nieśmiałe próby rekomendacji ale nikt jeszcze nie opublikował recenzji żadnego z miejsc, w których można tu zjeść. (Ktoś? Gdzieś?) Jako miłośnik Hali i jej konceptu, czemu dałem niebezkrytyczny wyraz w poście tuż po otwarciu, poczułem się w obowiązku zmienić ten stan rzeczy. Kilkanaście wizyt w różnych restauracjach i barach daje podstawę do dokonania subiektywnego wyboru miejsc do zarekomendowania. Skupiając się na restauracjach czyli tych miejscach w Hali, które mają własne miejsca do siedzenia zaczynam od Port Royal.

Jeśli szukacie gastronomii wysokich lotów omijajcie Halę. To nie miejsce, w którym da się zaspokoić hedonistyczne potrzeby Foodies z finedinningowej czy nawet casual-finedinningowej półki. Kuchnia w tutejszych restauracjach jest dość prosta. Karty są krótkie, a wśród dań goszczą często małe „talerzyki”, tapasy, przekąski. Nie znaczy to, że nie warto wpadać do Hali. Wbrew temu co się pisze Hala to całkiem fajne, choć ciągle zbyt tłoczne miejsce do biesiadowania dla wszystkich i to bez względu na wiek i stosunek do hipsterstwa.  I taki w większości jest charakter restauracji, które znajdziemy w środku.

 

Dlaczego Port Royal na początek?

 

Bo zdecydowanie mieści się w TOP 3 tutejszych restauracji, wliczając w to nowo otwartą Ćmę.

Bo broni się dobrym produktem, który tylko czasem da się zepsuć podczas przygotowania.

Bo choć staff nie do końca „ogarnia” (co zresztą jest standardem w Hali) to uwzględniwszy ciasnotę kuchni i zaplecza i tak dokonuje prawdziwych cudów.

 

Port Royal – warto zawinąć tu na ostrygi.

 

W swoim teście najlepszych ostryg w Warszawie uhonorowałem Port Royal dwukrotnie. Oprócz  niezłego (drugiego w Warszawie) wyboru różnych rodzajów ostryg, znajdziecie tu też najbardziej kreatywną formę ich serwowania. „Zestaw 4 smaków” (40 zł za 4 sztuki) to ostrygi pacyficzne podane na cztery sposoby. Są tu: ostryga serwowana klasycznie, z bardzo dobrym vinegrette,  ostryga lekko podpieczona i zawinięta w cieniutki plasterek zielonego jabłka, ostryga podane z ogórkiem i marchewkowym vinegrettem oraz ostryga lekko zapiekana w panko.

 

Port Royal

Port Royal: Zestaw 4 smaków.

 

 

Azjatyckie mule w Port Royal.

 

Menu Port Royal składa się z dwóch części a tak naprawdę od jakiegoś czasu z dwóch kart.  Od rana aż do godziny 15:00 dostępna jest karta śniadaniowo – lunchowa (śniadania do 12:00, lunche 12:00 – 15:00). Od 16 możemy korzystać z karty głównej. Ta godzina pomiędzy porą lunchu i kolacji to czas na „social lunch” dla Załogi Port Royal, podczas którego dostępny jest jedynie bar ostrygowy i serwis „take away”.

Szczęśliwie w obu kartach można znaleźć wybitne „Mule Port Royal” w mleku kokosowym, zielonym curry z limonką i trawą cytrynową w asyście całkiem sporego koszyka z kawałkami bagietki. Pachną i smakują Azją w sposób tak niezwykły, że nie dość że biją na głowę dostępne tu podczas kolacji „Mule Port Classic” (w winie) to zostały uznane przez Moją Ukochaną Żonę za lepsze niż te, które ja serwuje w domu od czasu do czasu. Skandal!  Uwaga! Choć dostępne są w dwóch rozmiarach (0,3 kg za 25 zł i 0,5 kg za 39 zł) bez namysłu bierzcie większe. Miły garnuszek z pokrywką, w którym Wam zostaną podane bardzo prędko okaże się pusty.

 

 

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: Mule Port Royal

 

Podczas kolacji skuście się koniecznie na niezwykłą „Ośmiornice Consome” (26 zł)  Na śmiesznej, emaliowanej  tacce-miseczce otrzymacie niebieski garnuszek z arcymiękkimi kawałkami ramion ośmiornicy, ugotowanej metodą souse-vide (w niskiej temperaturze) w cynamonie, cukrze i cytrusach. Zalejcie ją ciemnym, brunatnym consome z czerwonej kapusty, w którym wyraźnie poczujecie smak karmelu. Całość da niezwykłą, dla mnie rozkoszną mieszankę smaków i zniknie równie szybko jak azjatyckie mule.

 

 

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: Ośmiornica Consome

Port Royal. Haha Koszyki

Port Royal: Ośmiornica Consome

 

 

Port Royal eksperymentuje.

 

Ceniący „klasykę inaczej” mogą zamówić „Śledzia marynowanego” (19 zł) Choć nie mogę zaliczyć go do „moich dań” w Port Royal to trudno odmówić mu oryginalności.  Śledź jest lekko podpieczony, a następnie zamarynowany.  Podany z dodatkami w postaci śliwki, szalotki, kawałkami chrupkiego razowca i olejem o dość charakterystycznym smaku. Do tego półpłynne żółtko i delikatny, anyżowy posmak kopru włoskiego. Ciekawe, ale ja na nie.

 

 

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: śledź marynowany

 

 

Niecodzienne jest też tutejsze „Ceviche” (26 zł), przy czym słowo „niecodzienne” tym razem nie jest komplementem. Przede wszystkim podkreśla jego zmienność. Czasem jest z dorsza, czasem z łososia, a czasem z … ośmiorniczki. Ok! To rozumiem. W końcu to miejsce szczyci się dostawami ryb i owoców morza 6 razy w tygodniu co musi przekładać się na zmienność i zamienność niektórych produktów. Niestety niecodzienny jest też sposób tutejszego  „gotowania na zimno” czyli marynowania kawałków ryb w soku z limonki.

W moim ceviche były one za twarde co wskazywałoby na długie marynowanie. Z drugiej strony było zdecydowanie za mało kwaśne, tak jakby do marynaty nie użyto wystarczająco dużo soku z limonek. Dodatkowo przeszkadzały mi nadmierne ilości warzyw i owoców w postaci batatów, kawałków ananasa i sałaty a brakowało ostrości, mimo „dyżurnej” obecności chili. Na domiar złego do składników dorzucono pieczywo, które na moim talerzu miało formę kawałków suchej bułki. Oj jakże daleko to Ceviche pada od znakomitości serwowanych w Ceviche Bar, o którym pisałem kilka miesięcy temu. A szkoda, bo lubię!

 

 

Port Royal, Hala Koszyki

Port Royal: Ceviche z łososia

 

 

Tatar w Port Royal zmienny jest

 

Za to „Tatar Rybny” (24 zł) choć „zmienny”  z powodów jak wyżej, budzi mniej wątpliwości. Ja trafiłem na wersję z sandacza, który okazał się rybą bardzo wdzięczną na taką formę przygotowania. Pewnie byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie nadmiar słodyczy z dodatków a szczególnie z lekko buraczanego kremu, którego kleksy obok żółtych kleksów kremu z żółtka opanowały talerz. Za to smażona skórka z dorsza, która obok zgrabnych wiórków grzanek wnosiła chrupkość do dania to bardzo udany pomysł. Zamawiając tatara poproście zdecydowanie o trochę więcej limonki i dopytajcie z jakiej ryby jest dziś przygotowywany. Może okazać się, że ze względu na różne gatunki ryb będzie smakował za każdym razem nieco inaczej. A może jakiś ranking?

 

 

Port Royal. Haha Koszyki.

Port Royal. Tatar z sandacza.

 

Port Royal między południem a północą

 

Szef kuchni Port Royal Daniel Szmidt przez wiele lat pracował w Norwegii i Danii. Dlatego w menu nie mogło zabraknąć skandynawskiego akcentu. Tutejsza zupa rybna (0,3 l za 15 zł i 0,6 l za 25 zł) smakowe korzenie ma na północy Europy. Gotowana przez osiem godzin na wywarze z ryb słodkowodnych i białych ryb morskich jest biała, lekko słona z wyraźną ale przyjemną, kwaskową nutą. W konsystencji niezbyt gęsta dźwiga na powierzchni kawałki grzanek z bagietki, kryjąc w środku białe warzywa: pietruszkę, seler i białą część pora. Świetna szczególnie teraz gdy za oknem zima. Gorąco polecam!

 

 

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: Zupa rybna (karta lunchowa)

 

 

Północ Europy reprezentuje też tradycyjne „Fish & Chips” (26 zł), ale choć frytki są ze świeżych ziemniaków to jednak ziemniak i ryba smażone w głębokim tłuszczu (nie dociekając, jego świeżości) to coś zdecydowanie nie dla FoodSnoba.

Wyjątkiem od tej reguły są „Sardynki” (19 zł) lekko przyprószone pikantnym mixem i podane w zgrabnym rożku w towarzystwie sosu tatarskiego. Ten klimatycznie bardziej południowy snack jest obok wspomnianych wcześniej muli moją ulubiona pozycją lunchową w Port Royal, po którą chętnie sięgam też w ramach oferty take-away.

 

 

Port Royal, Hala Koszyki

Port Royal: Sardynki

 

 

 

Łowić co dnia w Port Royal

 

Atrakcyjne może być też polowanie na rybę dnia. Jeśli wczoraj był łosoś, dziś mogła przypłynąć  dorada a jutro możecie trafić na pstrąga lub szczupaka, z rodzinnej hodowli ryb słodkowodnych jednej z właścicielek. Jedynie „Dorsz” (44 zł) atlantycki na brązowym maśle z sosem holenderskim ze skorupiaków i puree jest stałym punktem oferty. No prawie stałym bo zdarzyło mi się co najmniej raz, że „miał wolne”.  Dwie pozostałe: ryba dnia z patelni i ryba dnia z pieca to kwestia szczęścia czyli dzisiejszej dostawy.  Mnie los przyniósł fantastycznego zębacza.

Zębacz, występujący w krajach anglosaskich  najczęściej pod nazwą Catfish lub Wolffish ma białe, jędrne, i niezwykle smaczne mięso. Podany na lunch (ryba dnia z patelni jest dostępna również w menu lunchowym) pysznił się swoją idealnie wysmażoną skórką i dodatkami w postaci komosy ryżowej z zielonym groszkiem i puree selerowym z bazylią, barwionym sepią czyli atramentem z mątwy. Dobre to było nadzwyczaj, więc pytajcie o zębacza nie gardząc przy tym równie fajnym szczupakiem z patelni czy pstrągiem z pieca. Aha! Jedyne z czego chyba bym zrezygnował to sos, w typie Gribiche (nie wiem na jakiej bazie był zrobiony, ale smak wskazywał na Gribiche),  który choć przyjemnie kwaśny, jakoś nie łączył mi się ze smażoną rybą. No i prośba do menedżera! Jakby tak codziennie wrzucać mały post na Wasz profil na Facebooku z informacją o rybie dnia byłoby cudownie.

 

 

Port Royal, Hla Koszyki

Port Royal: Ryba dnia z patelni – zębacz

 

 

Port Royal z wyższej półki.

 

No i coś czym na wzór  L’Arc Varsovie pyszni się Port Royal: „Seafood platter” czyli mix owoców morza podawanych na zimno dla dwóch (180 zł) lub czterech osób. Talerz jest imponujący i smaczny. Ja jednak tego typu dobrodziejstwa morza lubię spożywać najbardziej na jego brzegu, a będąc z dala od niego cieszyć się owocami morza w skromniejszej formie i … cenie.

Cena niestety musi być wysoka, bo talerz jest naprawdę imponujących rozmiarów. Na naszym znaleźliśmy langustynki, raki, całego kraba kieszeńca, świetne, tknięte tylko patelnią przegrzebki i znajomą już ośmiornicę. Zabawa szczypcami do łamania skorupiaków i cieniutkimi widelczykami do wydłubywania mięsa z odnóży powoduje, że dłonie i nieosłonięte części garderoby przenikają zapachem morza. Szczęśliwie, nawet gdy obsługa zapomni o miseczce do mycia rąk lub saszetkach z mokrymi chusteczkami,  z boku – między barem a salą – dostępne jest specjalne stanowisko do doprowadzenia ich do porządku.

Dla porządku nadmienię tylko,  bo nie próbowałem osobiście, że z tzw „wyższej półki” w Port Royal dostępny jest również ale tylko na zamówienie  homar au gratin czyli zapiekany.

 

Port Royal, Hall Koszyki.

Port Royal: Seafood platter dla dwóch osób.

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: Seafood platter dla dwóch osób.

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: sztućce do owoców morza.

 

 

Port Royal marzenia a rzeczywistość.

 

Na internetowej stronie Hali Koszyki można znaleźć krótką informację o właścicielach i koncepcie ich restauracji. Cytuję: „Ona – wiedzę o rybach wyniosła z rodzinnej hodowli, On – zakochany w niej i w owocach morza. Wspólnie postanowili stworzyć koncept właśnie z takimi produktami. Ich restauracja jest jak port– ponad 50 gatunków ryb i wielka kuchnia za szkłem. … Z Port Royal wyjść można nie tylko z uczuciem zaspokojonego apetytu, ale również z “morskimi” zakupami. Obsługa, która o rybach wie wszystko podpowie, które z nich warto zabrać do domu oraz jak je przygotować.”

Piękne marzenie i piękna obietnica. Z pewnością częściowo zrealizowana, choć w znacznej cześć na wyrost. Bo i gatunków ryb mniej i ich kupowanie na wynos (jeśli w ogóle jest możliwe) nie stało się popularne.

Ale marzenie o restauracji zdaje się spełniać. Często takie marzenia usychają pośród pustych stolików na sali.  Tu marzenia i brak gastronomicznego doświadczenia musiały sprostać tłumom, które zalały i wciąż zalewają Halę Koszyki. Bez żadnego powolnego rozruchu. Bez czasu na dotarcie. Nie zawsze są w stanie sobie z tym poradzić doświadczeni restauratorzy, prowadzący już wcześniej restauracje. A co dopiero mówić o debiutantach! Z tym większą przyjemnością jadając w Port Royal już od blisko dwóch miesięcy obserwuję proces dojrzewania tego miejsca i coraz sprawniejszego funkcjonowania.  Mimo braku rezerwacji, łatwiej znaleźć stolik bo tylko ich część jest blokowana pod rezerwacje. Można wpisać się a listę i poczekać na miejsce sącząc drinka w Barze Centralnym.  Obsługa coraz lepiej radzi sobie na sali, a kuchnia trzyma poziom.

 

Dlatego, jeśli chcecie spędzić wieczór w Hali Koszyki przy restauracyjnym stoliku śmiało możecie wybrać Port Royal. Ja w każdym razie tak robię. I w tym przypadku będę recydywistą.

 

Port Royal
Szef Kuchni – Daniel Szmidt
Hala Koszyki
Koszykowa 63, Warszawa
godziny otwarcia:
pon-nie 9:00 – 23:00
rezerwacje:
tel. 792 020 707
Facebok: @portroyale

 

Casual FoodSnob , , , , ,

Hala Koszyki – życie jak w Madrycie?

Hala Koszyki – życie jak w Madrycie?

Hala Koszyki otwarta! To hasło zelektryzowało Warszawę i ustaliło cel weekendowych spacerów wielu jej mieszkańców. Wzięło i mnie! Mimo, że minęły dopiero trzy dni od otwarcia, wpadłem do Hali już trzy razy. O ile jeszcze w piątkowe popołudnie udało mi się zająć stolik w jednej z kilku restauracji, o tyle podczas wieczornych wypraw (w ten sam piątek i w sobotę) byłem skazany na długie poszukiwanie choćby stojącego miejsca pośród ogólnodostępnych stołów służących konsumpcji jadła z mniej formalnych kulinarnych stoisk Koszyków.

Przez Halę dosłownie przelewały się tłumy Warszawiaków, zgłodniałe w takim samym stopniu widoku pięknych wnętrz odrestaurowanej Hali jak i smaków dań serwowanych w 18-tu  pardon! konceptach restauracyjnych. Ten fakt plus kilka organizacyjnych porażek skutecznie uniemożliwiało „użycie” Hali zgodne z jej przeznaczeniem i spowodowało, że nakarmienie zgłodniałych brzuchów odwiedzających było często niemożliwe. Cóż, mojego również…  Dlatego ten post będzie nieco inny niż pozostałe na tym blogu, bo zamiast smaków będę recenzował pomysł na nową Halę i jego realizację.

 

 

Jestem bardziej niż na tak!

 

Zaczynam od deklaracji wielkiego uwielbienia dla Hali Koszyki!  Byłem entuzjastą pomysłu i jestem pod wielkim wrażeniem jego realizacji.  Kocham Halę miłością od pierwszego wejrzenia i obiecuję Jej i sobie, że będziemy spotykali się tak często jak to będzie możliwe. Uważam, że jest chlubą mojego miasta i z dumą, będę prowadzał tam wszystkich moich polskich i zagranicznych gości.  Ale…

Bo oczywiście są pewne „ale”. Muszą być, bo tylko ten co nic nie robi nie błądzi. Dlatego warto oprócz peanów na temat Hali, które i tak już zalały blogi, serwisy i łamy gazet napisać o tych kilku sprawach, które nie pozwalają korzystać z Hali i cieszyć się nią w pełni, a które (a przynajmniej kilka z nich) można pewnie wyeliminować dość łatwo.

 

Hala Koszyki, Warszawa  vs. Mercado San Miguel, Madrid

 

Zastanawiając się na tym co lubię a co mi przeszkadza w nowych Koszykach, próbowałem znaleźć jakiś punkt odniesienia – podobne miejsce w Europie, w którym byłem i do którego mógłbym porównać nasz nowy „Warszawski Powód do Dumy”.

Z uwagi na zupełnie inną specyfikę zrezygnowałem z porównań do londyńskich Camden Lock Market i Borough Market, czy singapurskich hawkerów  i skupiłem się na wspomnieniach ze wspaniałych hal madryckich, które dziś, podobnie jak warszawskie Koszyki  służą nie do handlowania ale przede wszystkim do karmienia zgłodniałych Foodies. Całkiem niedawno miałem przyjemność kilkukrotnego odwiedzenia dwóch najważniejszych madryckich hal, z których największe wrażenie wywarł na mnie oczywiście  Mercado San Miguel.

 

Mercado San Miguel, Madryt

Mercado San Miguel, Madryt

 

Mercado San Miguel i Halę Koszyki łączy wiele wspólnego. Obie hale położone są w ścisłym centrum miast, w rejonie gdzie dość sporo jest małych restauracji i barów. Obie powstały na początku XX wieku (Mercado San Miguel w 1916, Koszyki w 1908). Obie na pierwszy rzut oka mają podobną, typową dla początków ubiegłego stulecia stalową konstrukcję i architekturę.

Wreszcie obie po przejęciu przez prywatnych inwestorów zostały zrekonstruowane/zrewaloryzowane i otwarte jako nowoczesne centra gastronomiczne (San Miguel w 2009). Oba zresztą z wielkim kunsztem, rozmachem i pietyzmem w zachowaniu oryginalnych detali. Nota bene, o czym z dumą musze donieść Koszyki wydają się lepsze od Mercado San Miguel.

 

Hala Koszyki. Ciasno, oj ciasno!

 

Na tym podobieństwa się kończą. W mniejszym od Hali Mercado  jest aż 30 małych stanowisk z tapasami, owocami morza, przekąskami typowymi dla kuchni hiszpańskiej oraz winem, piwem i innymi napojami. W środku jest duża przestrzeń z miejscami przy kilkunastu stolikach i wielu blatach do konsumpcji i rozmów na stojąco. Nie ma tu klasycznych restauracji z osobno wydzielonymi stolikami. Po prostu kupujesz gdzieś coś do przegryzienia, w innym miejscu kieliszek wina, zajmujesz miejsce i bawisz się.

 

Mercado San Miguel, Madryd

Mercado San Miguel, Madryd

 

Na Koszykach mamy 18 miejsc z jedzeniem (nie licząc sklepów z żywnością) z czego tylko 6 (Curry Leaves, Kiełba w Gębie, Gringo Salsownia, Tuk Tuk, Soul Food i Mango) działa na zasadzie „zamów, zapłać i zjedz tam gdzie znajdziesz miejsce”. Pozostałe 12-cie działa na zasadach restauracyjnych, mając własne wydzielone stoliki, gdzie o miejsce bez rezerwacji przynajmniej na razie jest bardzo trudno.

 

Hala Koszyki

Hala Koszyki, Warszawa

 

Ponieważ znaczną część otwartej przestrzeni Hali zajmuje „Bar Koszyki” paradoksalnie przestrzeń na biesiadowanie jest bardzo skromna w stosunku do potrzeb. Dodatkowo wypełniają ją głównie miejsca do siedzenia, które zajmują znacznie więcej miejsc niż wysokie stoły i  stoliki przy których je i pije się na stojąco. Wydaje się, że gdyby te proporcje wyglądały inaczej to nawet mimo różnic w serwowanych w Warszawie i Madrycie dań byłaby to zmiana z korzyścią dla wszystkich miłośników spędzenia w Hali miłego wieczoru przy winie i czymś smacznym.

 

Hala Koszyki

Hala Koszyki – Bar Koszyki

 

Hala Koszyki. Stoliki zarezerwowane i … puste.

 

Przez pierwszy weekend po otwarciu Hali, Facebook został zalany setkami postów rozżalony czy wkurzonych osób. Pisali i Ci,  którzy odwiedzili Halę ale nie mogli zdobyć stolika i Ci co nie mogli dopchać się do stoiska z satayem lub burrito. Byli i tacy co nie mogli doczekać się zwolnienia jakiegokolwiek wygodnego kąta i tacy, którzy nie chcieli czekać godzinę na realizację zamówienia. .

Współczuję choć trochę nie rozumiem tych gorzkich żali, bo po pierwsze takiemu otwarciu i pierwszym dniom po muszą towarzyszyć tłumy a po drugie nowe ekipy Tuk Tuka, Gringo, Soul etc etc nawet jeśli wspierane są przez staff działający w dotychczasowych lokalizacjach muszą się dotrzeć i nabrać sprawności co siłą rzeczy wymaga czasu.

 

Hala Koszyki

Hala Koszyki.

 

Rozumiem jednak wkurzenie rozżalonych Warszawiaków na widok wielu pustych stolików w restauracjach, na których czasem przez dwie godziny (to przećwiczyliśmy w sobotę, wbijając się na siłę do takiego stolika w Heritage)  stoi tabliczka „rezerwacja”. O ile proporcje między „restauracjami” a „open barami” pewnie na Koszykach się nie zmienią to łatwo można zlikwidować możliwość rezerwacji i wprowadzić … zwykłą kolejkę.

Stawałem w takich kolejkach wiele razy, nie tylko w takich miejscach ale i w regularnych, bardziej formalnych restauracjach. Pozwala to – oczywiście przy sprawnym ogarnianiu sali przez jej szefa na dużo bardziej efektywne wykorzystanie miejsca i nie narażanie się na jęki odbijających się od miejsca klientów, którzy widzą puste stoliki w środku.  Umówmy się co do jednego – w Hali na Koszykach nie ma fine diningu ani nawet „casual fine diningu”.

To miejsce powinno być ludyczne i stanie w kolejce w oczekiwaniu na miejsce się w to wpisuje. Szczególnie w takich miejscach jak Tapas Sobremesa Bar, (skądinąd świetne tapas może tylko z wyłączeniem kaszanki, która udaje hiszpańską morcillę) czy Port Royal Fish & Oysters, w którym wyeksponowane ostrygi, przegrzebki i szczypce krabów domagają się większej dostępności! W obu miejsca są co prawda miejsca przy barze lub przy blacie obok kuchni ale jest ich zdecydowanie za mało. Jako wielki fan apeluję więc: precz z rezerwacjami, dajcie nadzieję na poczekanie na stolik w kolejce!

 

Hala Koszyki. Muzyka tak, kolejki do kasy parkingowej nie.

 

Przez wszystkie trzy dni od otwarcia (a w przyszłości w każdy weekend po 17:00) hala rozbrzmiewa muzyką, cześciowo na żywo. Za dobór muzyki odpowiada nie byle kto bo sam Stanisław Trzciński. Muzyka jest super ale poziom jej głośności przekracza granice, przy których normalna (bez krzyczenia) konwersacja jest możliwa. Oczywiście inaczej jest w niszach kryjących restauracje, ale w okolicach Baru Koszyki i rozlokowanej po obu jej bokach wspólnej przestrzeni biesiadnej to dla kilku osób, z którymi rozmawiałem prawdziwy problem. Więc może tak o jeden punkt na potencjometrze niżej?

To, że parking w takim miejscu musi być drogi to jasne. Ale jeden parkometr i to nie obsługujący kart kredytowych i wybrzydzający w nominałach banknotów to przesada.  Tworzy to niepotrzebne kolejki  i wywołuje słuszne oburzenie klientów biegających w poszukiwaniu drobnych. Podniesione przez ten drobiazg ciśnienie na pewno nie ułatwia uporania się z dość karkołomnym wyjazdem z podziemi Hali.

 

Hala Koszyki

Hala Koszyki – w kolejce do kapryśnej kasy biletowej parkingu.

 

Hala Koszyki kulinarnie.

 

Jak już pisałem, wiele z osiemnastu miejsc jest mi ciągle nieznanych. Sprawdziłem tylko, że w Gringo Salsowni jest tak samo odjazdowo jak w jej pierwowzorze – Gringo Barze. Menu zresztą (łącznie ze śniadaniowym) jest kopia menu z Mokotowa. Z kolei Tuk Tuk ma menu zupełnie inne niż na Zbawixie ale smaki sa tak samo wyborne jak tam.

 

Hala Koszyki

Hala Koszyki – Tuk Tuk – na miejscu kilka stolików i cała hala.

 

O tapas w Sobremesa Bar już wspominałem. Kalmary z chorizo, boquerones, policzki jagnięce w sosie pomidorowym z suszonymi owocami  czy mini hamburgerki były naprawdę rewelacyjne. W piątek wieczorem, przy kasie z boku były dostępne na wynos zgrabne i smaczne pinchos. Niestety w sobotę już ich nie sprzedawano.

Gnocchi i spagetti w Heritage domowe ale tylko poprawne. Soul Food nie przetestowany ale to firma sama w sobie więc nie należy spodziewać się niemiłych zaskoczeń. Podobnie, złego słowa nie można powiedzieć o Kiełbie w Gębie, która uratowała mnie przed śmiercią głodową w piątek wieczorem.

 

Hala Koszyki

Hala Koszyki – oblężenie Kiełby w Gębie

 

Nadziejnie wygląda malowniczy Curry Leaves no i oczywiście Port Royal z jego dobrodziejstwami morza. Do obu wpadnę już niebawem czekając tak jak wszyscy na otwarcie obu nowych restauracji Mateusza Gesslera. Pierwsza z nich – Ćma z kuchnią „streetową” będzie działała w systemie 24/7 Ćmy.  Z kolei Warszawski Sen z piecem Rotisol, będzie serwował z wózków specjały polskiej kuchni.

 

Hala Koszyki

Hala Koszyki – Curry Leaves

 

Koszyki  vs. San Miguel. Ostatnie starcie.

 

Hala Koszyki czynna jest od poniedziałku do soboty pomiędzy 9:00 a 21:00. W niedzielę godzinę krócej. Marcado San Miguel  działa od przedpołudnia do północy a w czwartki, piątki i soboty do 2 w nocy.  Oficjalna strona Hali pociesza nas, że tylko wybrane restauracje sa czynne aż do 1:00 ale niestety nie określa, które. Madryckie Mercado do którego po raz pierwszy zaszliśmy w piątek, koło północy tętniło życiem. Jak jest w Hali jeszcze nie sprawdziłem. Boję się jednak, że wybrana formuła spowoduje, że nocne oblicze Hali będzie daleko odbiegało od atmosfery jej Madryckiego odpowiednika. No cóż przekonam się o tym przy najbliższej okazji.

 

 

 

 

 

Casual FoodSnob, Street FoodSnob , , ,
Go Top