Posts Tagged “The Bell”

The Bell – Eatery w stylu glamour.

The Bell – Eatery w stylu glamour.

The Bell.

The Bell. Miejsce nowe, choć na swój sposób znane mi od lat. Przez dziesięć lat w tym lokalu mieściła się restauracja Passe Partout, prowadzona przez rodzinę, która ze świata wielkiej korporacji uciekła w matrix gastronomii.

Dziś zawitał tu inny, wielki świat. Świat w stylu glamour. Świat celebrytów i świat mody. Świat odwołujący się nie, jak Passe Partout do pobliskiej ulicy Francuskiej, ale szukający inspiracji w Nowym Jorku. The Bell to nie jest restauracja. The Bell to EATERY. Jak w Nowym Jorku, w miejscach, gdzie cytując materiał prasowy: „łączy (się) ludzi w jednym miejscu, by na chwilę zatrzymać czas i pozwolić im cieszyć się chwilą tu i teraz.”

Wow! Panie i Panowie. Oto nowy koncept gastronomiczny. Oto ”restauracja glamour”.

 

The Bell = positioning, positioning, positioning!

 

The Bell to koncept pozycjonowany tak, by nie było wątpliwości – tu jest Wielki Świat. Jego autorką jest właścicielka marki i  jednocześnie projektantka mody – Monica Nera, której kolekcje, jak czytamy na oficjalnej stronie marki “zdobywają serca klientek w Stanach Zjednoczonych, Hong Kongu oraz Europy.”

Skoro “eatery w stylu glamour” to i projekt wnętrza (Kinga Mostowik) nie może być byle jaki, a na otwarciu muszą być celebryci. I, co najważniejsze, Szefem Kuchni nie może być przysłowiowy, za przeproszeniem Kowalski. Wybór Pani Monici i tajemniczego współwłaściciela, określanego przez celebryckie portale i portaliki jako “Luksemburczyk Gilbert” padł na Łukasza Kawallera, człowieka młodego, acz z całkiem imponującą kartą doświadczań zawodowych. (Hotel Anders, Concept 13, Atelier Amaro) Nie szukajcie jednak w oficjalnych kanałach promocji informacji o tym gdzie gotował. Ta bowiem blaknie, wobec największego, z punktu widzenia koncepcji marketingowej atutu Szefa Kuchni, jakim jest zwycięstwo w pierwszej polskiej edycji Hell’s Kitchen. Szczęśliwie, przynajmniej w tej edycji, wygrał ktoś, kto ma talent.

 

Menu banałów i oczywistości.

 

Po pierwszej lekturze menu rozczarowuje. Jest bardzo krótkie, dziewięciodaniowe, co jest jego wielkim atutem, ale składa się z dość oczywistych i nudnych „evergreenów”.

Mamy tu wszystko co Warszawka (przynajmniej ta zwykła, bez „gastro-odjazdu” ) lubi mieć w karcie. Jest tu śledź, jest tatar i burak z kozim serem. Musiała tu zaistnieć zupa cebulowa, kaczka i polędwica wołowa. Tak naprawdę brakuje tylko sałatki Cezara i fondantu! (Froblog, przynajmniej tyle dobrego!)

Szczęśliwie te nudne banały w większości przypadków bronią się smakiem i choć wkurzają fine-dinningowym sznytem talerzy to z małymi wyjątkami pokazują, że nawet z oklepanych dań można zrobić coś specjalnego.

 

Startujemy!

 

Skoro są ambicje, nie może zabraknąć maleńkiego amuse-bouche na start. Chips z topinambura (o rany! znowu chips z topinambura!) z owczym serem z trawą żubrową, posypany pudrem z musztardy, okazuje się intrygujący. Puder z musztardy oprócz ostrości niesie odrobinę kwasu i sprawia, że to maleństwo naprawdę ożywia kubki smakowe.

The Bell

The Bell- amuse-bouche

Podany do niego na starcie chleb jest dość szczególny. Czarne od palonego siana kromki kryją w sobie kawałki karmelizowanych orzechów. Wciągam wszystkie trzy, podane  kromeczki z rozkoszą z smarując je wcześniej domowym masłem.

The Bell

The Bell: chleb domowego wypieku barwiony palonym sianem

 

Przy tatarze bijcie w The Bell na alarm! Winter is coming…

 

Pierwszą z testowanych przystawek jest „Tatar wołowy z piklami, żółtkiem i chrzanem” (32 zł). Ręcznie siekana polędwica, dość grubo tak jak lubię, przyprawiona jest olejem koperkowym, korniszonami, cebulą cukrową i karmelizowanymi słonecznikiem. I to jest całkiem niezłe połączenie. Niestety od góry wszystko to jest posypane, zmrożoną ciekłym azotem, kwaśną śmietaną z chrzanem i dodatkowymi kleksami emulsji z żółtka i majonezu z trawy żubrowej. Grudki śmietany niczym syberyjska, wieczna zmarzlina masakrują język temperaturą i wycinają kubkom smakowym możliwość odbioru jakichkolwiek bodźców. Położonym na wierzchu płatkom świeżej pieczarki z pudrem z musztardy niczego nie można zarzucić, ale danie jest dość płaskie jeśli chodzi o tekstury. Szefie! Błagam, mniej azotu i coś chrupkiego! Ziarna słonecznika to za mało!

The Bell

The Bell – Tatar wołowy z piklami, żółtkiem i chrzanem

 

Burak i cebulowa – mocne punkty The Bell

 

Za to do niczego nie można się przyczepić w przypadku „Buraka z kozim serem, orzechami włoskimi i kwasem chlebowym”(28 zł). Choć mamy tu klasyczne połączenia smaków to widać też autorski pazur Szefa Kawallera. Buraki glazurowane są sosem z ich własnego soku i z kwasu chlebowego. Cienka roladka z sera koziego spoczywa na galaretce jabłkowej, pod łupkami chipsów z cebuli, barwionych na czarno palonym sianem. Palone siano pojawia się już po raz drugi i, jak twierdzi obsługa palone jest osobiście przez kucharzy na balkonie restauracji. Tu drobna uwaga: obsługa jest naprawdę starannie dobrana i kompetentna co jak na kilka tygodni po otwarciu jest ewenementem w warszawskiej rzeczywistości.

The Bell

The Bell – Burak z kozim serem, orzechami włoskimi i kwasem chlebowym

Codziennie mógłbym też jadać „Zupę cebulową z estragonem i serem szafir” (24 zł). Danie najmniej „glamour”, ale z pomysłem i smakiem. Lekko kwaskowa zupa z piórkami cebuli zakrywa ułożoną na dnie warstwę słodkawej konfitury cebulowej i pełnego ummami foundee z sera szafir. Grzanki z tym serem, trochę estragonu i ze zwykłej cebulowej wychodzi coś naprawdę niezwykłego.

The Bell

The Bell – Zupa cebulowa z estragonem i serem szafir

 

Dwa dania z porem do lekkiej korekty.

 

Dobrze zrobione i z pomysłem jest też „Risotto z salami ventricina i miętą” (38 zł). Risotto z serem szafir (aha! to już drugi ulubiony produkt Szefa) i świeżą miętą nakryte jest płatkami pomarańczowo-czerwonego od peperoncino, salami ventricina i krążkami smażonego pora. Co nie zawsze jest takie oczywiste, ryż jest „w punkt” jeśli chodzi o twardość, ale jak dla mnie całość jest minimalnie zbyt tłusta. Na szczęście pikantne i lekko kwaskowate salami oraz mięta trochę to kontrapunktują. Por (Szef ma słabość również do pora) wydaje się kompletnie tu niepotrzebny. Ale, podkreślę to raz jeszcze danie to, jak na risotto jest zaskakująco oryginalne.

The Bell

The Bell – Risotto z salami ventricina i miętą

„Kopytkom z rakami i porem” (34 zł) niewiele brakuje do ideału. Genialnie miękkie ale jednak sprężyste spoczywają na bisque rakowym z odrobiną oliwy koperkowej ze śmietaną, Por występujący tu dwa razy: w formie podsmażonych plasterków i w formie chrustu jest tym razem absolutnie na miejscu. Ale raki w japońskiej panierce panko i w tempurze, które powinny być prawdziwą perłą tego dania rozczarowują. Panko i tempura zabijają ich smak i aż proszą się by o tym morderstwie donieść do jakiegoś „Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami I Ich Smakiem”.

The Bell

The Bell – Kopytka z rakami i porem

 

Główne w The Bell – do dalszych badań w terenie.

 

Z dań głównych (choć menu nie dzieli dań, a wielkość porcji jest generalnie raczej przystawkowa) wybrałem „Kaczkę z cykorią, dziką różą i lawendą” (54 zł). Wybór nie był zły, choć suwidowana kacza pierś mogłaby być odrobinę bardziej miękka. Być może 3 godziny spędzone przez nią w kąpieli wodnej o temperaturze 65 stopni to jednak za mało. Pierś z chrupką skórka, skarmelizowaną na patelni spoczywa na jusie z kaczki i oliwie koperkowej. Z wierzchu jest troskliwie przykryta chrustem z pietruszki oraz cykorią z konfiturą różaną. Do tego zaskakujący i wielce trafny dodatek w formie musu z hibiscusa.

The Bell

The Bell – Kaczka z cykorią, dziką różą i lawendą

Szefie Łukaszu, przepraszam, że nie sprawdziłem Twojego „Dorsza z sosem cafe de paris i brukselką” oraz „Polędwicy z Twoim ulubionym sianem, porem i majonezem truflowym. Poprawię się po powrocie z krótkiego urlopu, choć spróbowawszy sześciu z dziewięciu dań karty już wiem czego się spodziewać i jak skonkludować tę recenzję.

 

Komu bije „The Bell” ?

 

To trudne pytanie. Menu to z pozoru banał, ale wykonanie pokazuje duży talent i wyobraźnię. Talerze strasznie przekombinowane i strojne (oh! ten glamour), ale z opisanymi wyjątkami bez zbędnych smakowo elementów. Ceny … nominalnie nie za wysokie, choć porcje małe. Obsługa naprawdę na poziomie i choć w reżimie standardów fine diningu to szczęśliwie z poczuciem humoru.

Za i przeciw. Przeciw i za. Plusy i minusy. Ja jednak jestem na tak!

Na tak, ale nie dla konceptu i skądinąd niebrzydkiego wnętrza. Na tak, nie dla celebrytów i wielkiego świata. To nie moje klimaty.

Jestem na tak dla talentu młodego Olsztyniaka, Łukasza Kawallera, którego będę obserwował.Bo moim zdaniem warto.

 

The Bell. Eatery.
Szef Łukasz Kawaller
Zwycięzców 21, Warszawa
tel: +48 533 210 222
facebook: https://www.facebook.com/pg/thebellwarsaw/
godziny otwarcia:
pon-sob – 12:00-22:30
nie- 12:00-20:00

 

Fine Dining FoodSnob , , ,
Go Top