Posts Tagged “Warszawa”

Pan Tasak i Opasły Tom

Pan Tasak i Opasły Tom

Opasły Tom.

Trafić za Panem Tasakiem czyli Witem Szychowskim nie jest łatwo. Niespełna rok (2015/2016) zabawił karmiąc nas cudnie, w Soul Kitchen Bistro. Zaraz potem, chyba jeszcze w trakcie emisji Top Chefa, w którym brał udział opuścił Nowogrodzką, by w trakcie wakacji 2016 roku karmić nas w sezonowym Lake Park Wilanów. Ostatni kilkumiesięczny etap to wspólne szefowanie we Florentin, w której swoim niepokornym duchem zabarwiał tamtejszą mieszankę kuchni Maghrebu i bliskiego wschodu. Kilka tygodni temu gastronomiczną Warszawę zelektryzowała wiadomość: Pan Tasak będzie kolejnym szefem w Opasłym Tomie w ramach tzw. stałego pop-upu, który po odejściu Agaty Wojdy ma trwać do końca roku.

o

o

Opasły Tom z facetem za sterami!

o

o

Kuchnia Wita Szychowskiego, mimo ostatniego skoku w stronę bliskiego wschodu zawsze kojarzyła się z polskimi produktami i daniami w nowych, często śmiałych interpretacjach. To z natury rzeczy czyniło go właściwym następcą Agaty Wojdy i Flavii Borawskiej, której autorskie menu w Opasłym Tomie można było próbować w pierwszym kwartale br. Prawdziwy ferment (godny, a jakże! pop-upowej formuły, w którą poszli właściciele – Państwo Kręgliccy) wywołała w mediach społecznościach kwestia genderowa. Otóż Wit Szychowski to pierwszy w historii tej restauracji Szef Kuchni – mężczyzna. Czyżby więc męskie, mocne smaki miały wyznaczyć nowy kierunek zmian w Opasłym Tomie? Nie mogłem tego nie sprawdzić, więc tak szybko na ile pozwolił mój zawodowy i gastronomiczny kalendarz pospieszyłem do Opasłego.

o

o

Pana Tasak odmieniony?

o

o

Pierwszy kontakt z nową odsłoną Opasłego Tomu to klasyczne, testowe podejście do wizytówki każdego Szefa jakim jest  menu degustacyjnego (5 smaków za 125 zł, 7 za 169 zł).

Otwiera je „Seler konfitowany, kwaśna śmietana od „Żeby Kózka”, szczypiorek, puder z cebuli” (w regularnej karcie 24 zł). Ku mojemu zaskoczeniu korzenny smak selera nie dominuje dania. Skonfitowany kawałek bulwy jest łagodny i delikatny. Jego ziemistość zgubiła się (i dobrze) w procesie przygotowania. Dominuje smak doskonałej koziej śmietany, wyprodukowanej w Celejowie pod Kazimierzem Dolnym przez państwa Podleśnych, którzy piszą o niej: „40% tłuszczu, 0% kompromisu”. Delicja to wielka i to sama w sobie ale w połączeniu z selerem i lekko zgrzytającym  na zębach cebulowym pudrem to rzecz jeszcze ciekawsza. Pan Tasak w wersji vege i bardzo damski w smaku! No proszę! Ktoś go podmienił?

o

o

Opasły Tom

Opasły Tom – Seler konfitowany, kwaśna śmietana od „Żeby Kózka”, szczypiorek, puder z cebuli

o

o

o

o

Opasły Tom długo na podniebieniu.

o

o

Jeszcze się nie ocknąłem z osłupienia, gdy na stół wjechało „Consomme z młodej kapusty z pierożkami z dorszem, kapustą i koperkiem” (w regularnej karcie 26 zł) Klarowny bulion jest rześki, kwaskowaty ale z przebijająca się nutą słodkiej kapusty. Stanowi rewelacyjne tło dla pierogów z dorszem, którego smak jest wyraźnie przełamany koperkiem. Smaki tworzą z pozoru delikatną miksturę ale danie używając języka wina ma długą końcówkę – jego smak długo pozostaje na podniebieniu! Pan Tasak subtelny, Pan Tasak pozostający w pamięci!

o

o

o

Opasły Tom

Opasły Tom: Consomme z młodej kapusty, pierożki z dorszem, kapustą i koperkiem (porcja z menu degustacyjnego)

o

Opasły Tom a sprawa pierogów

Nieco więcej testosteronu czuć w kolejnym daniu. „Pierogi z pokrzywą z twarogiem od „Żeby Kózka”, nasionami konopi i olejem konopnym” (32 zł) zaskakują nieprawdopodobnie. To chyba najbardziej oryginalne danie z całego menu! Siemię (jak to siemię) trącające wytrawnością, wręcz na granicy goryczy,  zderza się z kwaśnym, wyrazistym smakiem farszu. Za tym ostatnim stoi niewątpliwie pokrzywa, choć kozi twaróg dodaje swoje. To nie jest zwykły kozi serek. Pan Sebastian Podleśny i jego małżonka robią go z mleka kóz wypasanych w kazimierskich wąwozach, dodając jako podpuszczkę nie bakterie w proszku ale zsiadłe mleko. Ser rozpływa się w ustach, jest lekko słodki, lekko słony o jedwabistej konsystencji. Prawdziwe serowarskie arcydzieło. I takież są te pierogi. Pierogi odkąd pamiętam zawsze były w Opasłym Tomie. Cudowne, kreatywne, Wojdowe. Te na pewno dorównują smakiem tym najlepszym i zdecydowanie wygrywają konkurencję w kategorii kreatywność. Bo czy kto jadł pierogi z pokrzywami?

o

o

Opasły Tom

Opasły Tom: Pierogi, pokrzywa, twaróg od „Żeby Kózka”, nasiona konopii, olej konopny (porcja z menu degustacyjnego)

o

o

o

o

Opasły Tom z testosteronem.

o

o

Pierogi są najbardziej oryginalne a „Sum od Moniki i Huberta Zegarskich z paprykową kiełbasą z mangalicy” (54zł) biała fasolą, szpinakiem i śmietaną  jest zdecydowanie najlepszy!

Perfekcyjnie usmażony sum, spoczywa na chrupkiej fasoli, z paseczkami pikantnej kiełbaski ze szlachetnej świnki, które oddają smak łączącej to wszystko śmietanie. Tworzy to wspaniały wyrazisty podkład pod rozpływającego się w ustach suma, okrytego chrupiąca skórką. To jest Pan Tasak jakiego znam! To jest Pan Tasak i jego ryby z Soul Kitchen Bistro! Poproszę dokładkę!

o

o

Opasły Tom

Opasły Tom: Sum od Moniki i Huberta Zegarskich, paprykowa kiełbasa z mangalicy, biała fasola, szpinak, śmietana.

o

o

o

o

Więcej testosteronu? Proszę bardzo.

o

o

Męski wymiar ma również (no bo jakże inaczej) „Polik wołowy z sosem pieczeniowym, boćwiną, pampuchem na maśle, piklowaną czerwona cebulą” (56zł). Tak, tak, wiem! Poliki są już passe bo podaje się je wszędzie. Ale ja dobrym polikiem nie wzgardzę a tym to już na pewno nie. Mięso przygotowane jest bez obróbki techniką souse-vide a mimo to rozpływa się w ustach, ciesząc i smakiem i konsystencją. Nie może być do tego lepszego dodatku niż cudownie chłonący wybornym, pieczeniowy sos pampuch. Buraczany i cebulowo-piklowy jako kontrapunkt wieńczą dzieło.

o

o

Opasły Tom

Opasły Tom: Polik wołowy z sosem pieczeniowym, boćwiną, pampuchem na maśle, piklowaną czerwona cebulą

o

o

o

o

Gładzica wygładza smaki. Szczególnie po grasicy!

o

o

Po niezwykle ciekawym doświadczeniu z sumem wracam jeszcze raz do ryb. „Gładzica, szyjki rakowe, mangold, białe szparagi, młode ziemniaki” (62 zł) to zupełnie inna kompozycja. Na talerzu dzieje się bardzo dużo, ale wszystkie składniki komponują się doskonale, tworząc idealne tło dla delikatnej ryby. No i ten mangold! Jakże rzadko widujemy go na restauracyjnych talerzach. A szkoda bo mangold czyli burak szpinakowy to nie tylko doskonały smak ale i piękne, kolorowe liście! Jego smak komponuje się z resztą i sprawia, że danie jest naprawdę godne uwagi. Choć ja wolę, bardziej męskiego suma.

o

o

Opasły Tom

Opasły Tom: Gładzica, szyjki rakowe, mangold, białe szparagi, młode ziemniaki

o

o

Zupełnie inna jest „Grasica, kaszanka, boczek, rukiew wodna , z sokiem z wiśni z zielonym pieprzem” (38zł) To bardzo męskie danie. I bardzo dobre. Może nawet najlepsze z krótkiej listy przystawek? Spory kawałek zarumienionej z wierzchu grasicy spoczywa na małym kopczyku niezwykle pikantnej kaszanki. Łagodna grasica na ostrej kaszance! Słodycz soku wiśniowego i kaszanka obsypana drobinkami boczku! Odlot! Szach, mat, Pan Tasak!

o

o

Opasły Tom

Opasły Tom: Grasica, kaszanka, boczek, rukiew wodna, sos z wiśni z zielonym pieprzem

o

o

o

o

Czy FoodSnoba może ucieszyć jakiś deser?

o

o

Może! Pod warunkiem, że będzie to „Ogórek, agrest, jogurt naturalny, miód i pistację (22 zł). Deser to o tyle niezwykły, że równie dobrze mógłbym go w porze wiosenno-letniej jadać jako danie główne. Schłodzony ogórek i lodowate, zmrożone cząstki agrestu predestynują go do tego znakomicie. Ich wytrawne smaki tonizuje jogurt lekko osłodzony miodem. Całość jest oprószona pyłem z pistacji i udekorowana jadalnymi kwiatami. Jeść proszę! To pyszne! ach jak pyszne!

0

0

Opasły Tom

Opasły Tom: Ogórek, agrest, jogurt naturalny, miód, pistacje

0

0

o

o

Inny Pan Tasak?

o

o

Nie, nie inny. W jego kuchni widać doświadczenia z dwóch poprzednich restauracji. Widać wcześniej poznany talent ale i niebywały progres. Widać ile doświadczeń zdobywa skacząc niczym konik polny z miejsca na miejsca. Niech skacze! Będą go ścigał. A póki przycupnął na Foksal będę tam wpadał! Wam też radzę.

 

Casual FoodSnob , , , ,

Nowo. Nie tylko dobry gin tu mieszka.

Nowo. Nie tylko dobry gin tu mieszka.

Nowo działa od kilku tygodni. Miejsce wpisuje się w trend lokali, które mają przyciągać i drinkami i niezłą kuchnią, takich jak lubiana przeze mnie Woda Ognista czy niedawno otwarty Bar Pacyfik. Z tym ostatnim Nowo łączy jedno. Formuła obu miejsc kręci się wokół jednego, mono alkoholowego tematu. Pacyfik jest tequila barem a Nowo to klasyczny gin bar. Ale choć abstynentem nie jestem, Nowo zaciekawiło mnie nie 35-cioma gatunkami ginu ale przede wszystkim swoją kuchnią.

o

o

Nowo

Nowo. Nie tylko dobry gin tu mieszka. Ale ginu znajdziesz tu aż 35 gatunków

o

o

o

o

Nowo lepiej jeść niż czytać.

o

o

Karta Nowo po pierwszej lekturze nie powala. Fish & Chips, ośmiornica, żeberka wieprzowe, barszczyk, śledź i tatar! Trąci z lekka banałem, nieprawdaż? Nie dajcie się jednak zwieść! Każde z tych i kilkunastu innych dań w karcie jest bardzo ciekawą, autorską interpretacją klasyków. Stoi za tym Jakub Botta znany z mającego krótki żywot ale interesującego ursynowskiego Chapsa i z udziału, w którejś tam edycji Top Chefa. W tym ostatnim pojawił się jak błyskawica to znaczy na tyle krótko, by nie ulec niebezpieczeństwom celebryckiego, post top-chefowskiego życia.

Na szczęście! I dla siebie i dla Nowo i dla nas – gości.

o

o

Kuchnia polska na Nowo.

o

o

Weźmy na widelec choćby pierwszego z karty śledzia (15 zł). Niby czym to to może zaskoczyć? Ano może! Po pierwsze pa ski (nie kawałki ale długie paski!) marynowanego śledzia otoczone są w przyjemnie chrupiących ziarnach sezamu i panko. Po drugie, klasyczny śledziowy dodatek czyli ziemniak, przed wydaniem zostaje przypalony palnikiem. Do tego trochę wiejskiej śmietany, piórka marynowanej w occie z czerwonego wina cebulki, oliwa i koperek. Całość, niezwykle świeża nie tylko w smaku ale i podejściu do oklepanego pierwowzoru, pozytywnie zaskakuje.

o

o

Nomo

Nomo. Śledź z siemieniem lnianym, wiejską śmietaną, marynowaną cebulką i palonymi ziemniakami (15 zł)

o

o

Albo zagarnijmy łyżką odrobinę takiego niby zwykłego, czerwonego barszczu z uszkami! (19 zł) Esencjonalny z wyraźną porzeczkową nutą, z właściwym balansem między ostrością a kwaśnością. W środku oprócz kosteczek smakowitego buraka, znakomite orzechowe (ach te pistacje!) uszka z kaczki. Malutka gałązka koperku, który gdzieś na końcówce dodaje przyjemnej nuty. Czy barszcz może zaskoczyć? Może! Spróbujcie tego w Nowo podanego w pięknych, żeliwnych garnuszkach Agnelli.

o

o

Nowo

Nowo: Barszcz czerwony z czarną porzeczką, uszkami z kaczką oraz z pistacjami (19 zł)

o

o

Równie oryginalne są „kołduny baranie” (19 zł). Wypełnione grubo mielonym czy wręcz siekanym mięsem mają niezwykle interesującą strukturę i uwodzicielski smak. Grzybowy bulion z odrobiną ziołowej oliwy atakuje podniebienie smakiem pełnym umami. Żal, każdej kropli, a tu na nieszczęście pieczywa ani odrobinki.

o

o

Nowo.

Nowo. Kołduny baranie w bulionie grzybowym

o

o

Nowo .. czesne podejście do chleba

o

o

Z tym pieczywem to w Nowo bywa śmiesznie.

Czasem go Ci brakuje a czasem dostajesz go w nadmiarze jak np. w przypadku „salcesonu z foie gras, ze świeżym chrzanem” (24 zł). Tu na talerzu znajdziesz aż ćwierć bochenka w jednym kawałku. Wygląda to… pewnie dla jednych ładnie ale dla mnie nieco śmiesznie. Zresztą i sam salceson budzi kontrowersje. Uwielbiam soczyste salcesony robione klasycznie z głowizny wieprzowej, wołowej lub cielęcej z koniecznym dodatkiem tłuszczu, podrobów i okrawków mięsa. Salceson Szefa Botty jest dla mnie suchy a niewielkie ilości foie gras słabo wyczuwalne. Nieapetyczny flak z jelita, w którym go gotowano można było pominąć przy serwisie. Oj mało w tym salcesonie smaku salcesonu i mało świeżo startego chrzanu na nim. Za mało. Za to fajne kleksy musu jabłkowego wokół. Szkoda całości, na szczęście to w mojej opinii jedna z nielicznych wpadek w tym menu.

o

o

Nowo.

Nowo. Salceson z foie gras, ze świeżym chrzanem i pieczywem

o

o

A wracając do pieczywa, to ani grama nie znajdziesz na talerzu zamawiając „podpalaną wołowinę z rucolą, musztardą, oliwą i octem cabernet” (26 zł) A szkoda bo aż się prosi. I to nie tylko moja opinia, bo podczas dwóch z moich pięciu pobytów w Nowo słyszałem głosy od klientów… „No a do tej polędwicy to może jakieś pieczywo?”. Niezależnie od tego i niezależnie od prezentacji (sami oceńcie na zdjęciu) danie jest bardzo ciekawe i efektownie podawane.

o

o

Nowo

Nowo. Podpalona wołowina z rucolą, musztardą, oliwą i octem cabernet (26 zł)

o

o

Cieniutkie płaty marynowanej wołowiny posmarowane od wewnątrz musztardą, Szef Botta roluje wokół wiązki rukoli. Takie grube cygaro (takie carpaccio – inaczej!) ląduje na talerzu, posypane pieprzem i podlane oliwą (pyszną, jasnożółtą, przypominająca bardziej wysokiej jakości olej rzepakowy tłoczony na zimno niż oliwę). Już na stoliku, przed gościem jest opalane palnikiem w stopniu w jakim sobie wyżej wymieniony zażyczy. Ja prosiłem o krótkie przypalanie i po kilku sekundach rozkoszowałem się pikantną i chrupiącą, skrytą w środku rukolą roladką. I to nawet bez chleba.  😉

o

o

o

Nowo na tropach kuchni świata.

o

o

Oprócz polskich smaków Jakub Botta nie gardzi kuchniami etnicznymi, biorąc z nich to co najlepsze i nie dbając o konwenanse. Chyba najbardziej klasyczna i zbliżona do oryginału jest „zupa cebulowa z serową grzanką” (16 zł) Lekko słodkawa, diabelnie ( i dobrze) gorąca nie zaskakuje, ale trzyma wysoki, smakowy poziom. Szkoda, że wrzucone do czerwonego garnuszka kawałki grzanek są kompletnie rozciapane. Jeśli wziąć pod uwagę, że mamy tu jeszcze i krążki cebuli i ser to całość robi się naprawdę gęsta i sycąca. Pozostaje więc zapytać po co na talerzu serwisowym położono, skrzyżowane niczym szpady dwa kawały bagietki? Oj niedobrze! Czyżbym miał obsesję na punkcie Nowo.-pieczywa?

o

o

Nowo.

Nowo. Zupa cebulowa z serową grzanką. (16 zł)

o

o

Za to skok w stronę Azji ukryty w karcie pod banalnym tytułem w „żeberka wieprzowe ze smażonym burakiem, orzechami, kolendrą, limonką i sezamem” (28 zł) powala i nie zostawia miejsca na jakiekolwiek wyzłośliwianie się.

Ileż tu smaku! Słodycz azjatyckiej marynaty i paseczków (wręcz tagiatelle) ze smażonych buraków, z nutką goryczy z mocnej karmelizacji wierzchniej warstwy żeber. Dobrze to kontrapunktuje sok z podanej obok limonki. Żeberka najpierw marynowane… a jakże w piwie, podczas pieczenia glazurowane są tajemną mieszanką z miodu, sosu rybnego, cynamonu i jeden tylko Jakub Botta wie z czego jeszcze. Spoczywa to wszystko na… połówkach pieczonych ziemniaków (halo tu Polska!) i jest posypane (no to hop w stronę Azji) kolendrą i orzeszkami ziemnymi. Bardzo to składnie gra! Na moją nutę. Na nutę dobrego smaku.

o

o

Nowo

Nowo. Żeberka wieprzowe ze smażonym burakiem, orzechami, kolendrą, limonką i sezamem. (28zł)

o

o

o

o

Ostro i rześko na Nowo.

o

o

Nie sposób też czegokolwiek zarzucić przygotowaniu „ośmiornicy podanej z ziemniakami, paprykowym ragout, wędzonymi mulami i chorizo” (39 zł) Jest miękka i dobrze zgrillowana. Szkoda, tylko że świetne, ostre, paprykowe ragout z kosteczkami chorizo jest nieco za tłuste. Właściwie nie przeszkadzało by to, gdyby całości nie potraktowano dodatkowo chlustem oliwy. Bardzo ciekawe są podwędzane mule, które można znaleźć zarówno w ragout jak i obok macki głowonoga. Ziemniaki zdają się mieć lekko cytrynowy posmak . Trochę mniej tej oliwy i wyjdzie z tego groźny konkurent żeberek.

o

o

Nowo.

Nowo. Ośmiornica z ziemniakami, paprykowym ragout, wędzonymi mulami i chorizo. (39 zł)

o

o

Jeśli komuś po ośmiornicy za tłusto niech śmiało zamawia „gulasz jagnięcy z morelami, suszoną śliwką i salsą z granatów na cytrynowej kaszy kuskus” (39 zł). Rześko tu nie tylko od kaszy ale i lekko orientalnej, granatowej salsy z kolendrą i oliwą. Dodatek słodkich moreli i delikatny smak suszonej śliwki nieco balansuje danie, ale dominantą i tak jest smak kwaśny. Jagnięcina podana w dość dużych kawałkach jest miękka choć jak dla mnie mogłaby być bardziej. Albo, kawałki powinny być mniejsze. Ale tak czy owak to pyszna impresja na temat kuchni Maghrebu.

o

o

Nowo

Nowo. Gulasz jagnięcy z morelami, suszoną śliwką i salsa z granata na cytrynowej kaszy kuskus (39 zł)

o

o

Równie świeża, wręcz orzeźwiająca   jest „sałatka z suszoną kaczką, jabłkiem, suszonymi żurawinami i malinami. (24 zł) Żurawina uroczo chrupie, maliny dają słodycz a na dnie, niespodzianka! czerwieni się sok z pieczonego buraka. Na ogół omijam sałaty ale ta wpadła na moją krótką listę dobrodziejstw Nowo. Tym bardziej, że wiórki suszonej kaczki dodawały jej właściwego dla mięsożercy powabu.

o

o

Nowo

Nowo. Sałatka z suszoną kaczką, jabłkiem, suszonymi żurawinami i malinami (24 zł)

o

o

Perła wśród deserów.

o

o

Do znudzenia, przy każdej okazji powtarzam, że desery to część sztuki gastronomicznej która mnie nie rusza. W Nowo zweryfikowałem nieco swoje podejście nie mogąc powstrzymać się od spałaszowania uroczych „pierogów leniwych z batatów w sosie cynamonowo-waniliowym” (17 zł). Leniwe w wydaniu Jakuba Botty, są potraktowane twórczo na równi z innymi daniami z karty. Słodycz batatów w otoczeniu delikatnego kremu to ten rodzaj kompromisu na który zawsze chętnie pójdę.

o

o

Nowo? Tak.

o

o

Kuchnia Nowo wymyka się wszelkim definicjom i podziałom. Najbliżej byłoby jej do klasycznego bistro, gdyby nie kreatywność pozornie pospolitych potraw. Jakub Botta tworzy naprawdę zgrabne dania, w których pełno zaskakujących smaków. Z pewną nonszalancją traktuje święte reguły różnicowania tekstur, ale na podniebieniu żadne z dań próbowanych przeze mnie nie nudzi. Tu i ówdzie można popracować nad elementami ale każde z dań, nawet jeśli wymaga korekt ma potencjał. Talerze nie są strojne, ale estetyczne i ciekawe, no może wyłączywszy szaleństwa związane z pieczywem. Ale i do tej ostatniej maniery można się przyzwyczaić. Przynajmniej z perspektywy pisania recenzji. 🙂

Porcje nie są wielkie, właściwie w większości przypadków przystawki i dania główne mają porównywalną wielkość, ale ceny jak na Warszawę bardzo przyzwoite, szczególnie przy tej jakości. To wielki mocny atut tego miejsca: zjeść tak smaczne, uczciwe jedzenie za takie pieniądze to nie takie proste w tej części miasta.

o

o

Nowo.

Nowo.

o

o

Lokal ma luźną atmosferę i mimo, że serwis wymaga jeszcze pracy to jest szybki, co sprawia, że wpadanie na lunche i korzystanie z karty a nie zestawów lunchowych (też obecnych) trwa akurat tyle ile można bezkarnie poświęcić w trakcie normalnego dnia pracy. Widać w tym wszystkim doświadczenie zebrane przez właścicieli prowadzących od kilku lat śniadaniownio-lanczownię Być Może przy Placu Unii Lubelskiej.

Pewnie wieczorem miejsce zmienia swój charakter ale tego, ze względu na napięty kalendarz jeszcze nie sprawdziłem. Zrobię to pewnie wkrótce bo miejsce wpada na moja listę „tu bywam”. A jego twarz – Szef Jakub Botta zostaje w mojej kartotece opatrzony etykietą „Talent do dalszej obserwacji”.

 

 

Nowo. Restauracja i gin bar.
Szef: Jakub Botta
Nowogrodzka 10
Warszawa
Facebook: https://www.facebook.com/restauracjaNOWO/
rezerwacje: 519 000 300
godziny otwarcia:
pon: 08:00 – 00:05
wto, śro: 09:00 – 00:05
czw: 08:00 – 00:05
pią: 08:00 – 01:00
sob: 09:00 – 01:00
nie: 09:00 – 00:05

 

Casual FoodSnob , , ,

Ramen Luizy Trisno w Om Nom Nom

Ramen Luizy Trisno w Om Nom Nom

Om Nom Nom

 

Nie ukrywam, że wiadomość o powrocie Luizy Trisno na warszawską scenę gastronomiczną przyjąłem z ogromną radością. Z tą większą, że ten powrót miał oznaczać ponowne pojawienie się w naszym mieście cudownego ramenu Szefowej, znanego mi wcześniej i z krakowskiego Ramen Girl by Yellow Dog i z warszawskiej restauracji Ramen Girl. Choć ta ostatnia istniało niespełna pięć miesięcy to właśnie tam niezwykłe, autorskie rameny Luizy Trisno sięgnęły w mojej ocenie absolutnych wyżyn

dddo

o

Ramen w Om Nom Nom

o

o

Teraz ramen Szefowej można spróbować w reaktywowanym Om Nom Nom Sushito na Kruczej. Ten restauracyjny feniks, powstał z popiołów konceptu kulinarnego zbudowanego na bazie połączenia sushi z burrito, za którym finansowo i promocyjnie stali gwiazdorzy Internetu – Abstrachuje. Miejsce mimo, bardzo intensywnej promocji i popularności wśród miłośników bywających tu blogerek modowych oraz youtuberów zamknęło się po półrocznej działalności. Dlaczego ? Nie wiem, nie bywałem, nie jadałem, więc nie wypowiadam się. Teraz wraca, już bez „sushito” i celebryckich właścicieli ale za to z ramenem i udonem.

o

o

Om Nom Nom – ramen i nowe menu – stary wystrój

o

o

Odświeżywszy wspomnienia i przejrzawszy notatki i zdjęcia z wizyt w Ramen Girl ruszyłem na testowanie ramenu w Om Nom Nom. Pierwszy rzut oka na kartę nieco rozczarował. W Om Nom Nom nie zjecie (przynajmniej na razie) dwóch sztandarowych ramenów Luizy tzn. pomarańczowego i czarnego. Niezapomniany, wręcz legendarny był szczególnie ten pierwszy, który zachwycał różnorodnością i niezwykłym doborem pięknie prezentujących się na talerzu składników. Zbudowany na bazie mięsnego wywaru, z kawałkami marynowanej kaczki na wierzchu, osiągał niezwykły stopień esencjonalności. Oprócz umami zaskakiwał z jednej strony lekką słodyczą, z drugiej wyraźnie pikantna nutą. Nic dziwnego, bo oprócz kaczki i makaronu w misce znaleźć można było pomarańczę, dynię, marynowany ogórek, sezam, mus z wędzonej papryki i karmelizowany imbir. „No cóż pomarańczowy. Szkoda, że się nie spotkamy”, pomyślałem i zająłem się tym co w karcie Om Nom Nom jest.

O

O

Om Nom Nom

Ramen Girl Warsaw – ramen pomarańczowy (38 zł)

o

o

Wspomnienia z Ramen Girl Warsaw

o

o

A jest tu pięć ramenów z czego trzy takie same (przynajmniej z nazwy) jak rameny Luizy Trisno z Ramen Girl.

Pierwszy z nich – ramen czerwony (kimchi) smakowo nie odbiega od pierwowzoru. Nie jest to trudne bo przy tym stopniu pikantności bardziej subtelne nuty umykają. Przynajmniej mi. Pamiętam, że w obu poprzednich restauracjach szefowej Luizy ramen kimchi był opisywany jako ten, który leczy przewód pokarmowy i kaca. I tak go właśnie potraktowałem, nie zaprzątając sobie głowy i tak niemożliwą do przeprowadzenia analizą porównawczą.

o

o

Om Nom Nom – ramen czerwony (kimchi) – 27 zł

Ramen Girl Warsaw – ramen Kimchi ( 30 zł) photo credit by Ramen Girl @antoniszyn photo

o

o

Tajemnice złotego ramenu

o

o

Za to nazwy dwóch kolejnych ramenów przywróciły wspomnienia cudownych i subtelnych smaków. Przede wszystkim ramen złoty. W Ramen Girl był najbardziej klasycznym ze wszystkich ramenów Trisno, najbardziej smakowo zbliżonym do japońskiego pierwowzoru (choć jak wiadomo nie ma czegoś takiego jak wzór i przepis na klasyczny ramen).

Swój „złoty” ramen Luiza robiła na bazie wegańskiego dashi z namaczanych przez kilka godzin wodorostów kombu i grzybów shitaki (stąd tyle umami) zmieszanego z dużą ilością bulionu mięsnego. Ten ostatni – efekt wielu prób – sporządzała na prażonym w piecu wędzonym boczku, ogonach wołowych, kadłubach kurczaków i podgardlu, które następnie gotowały się przez osiem godzin wraz z magicznym taro zrobionym z pozostałości po marynowaniu boczku chashu. Ten ostatni przed upieczeniem i pokrojeniem na cienkie, rozpadające się na języku plasterki, spędzał aż 10 dni w tajemniczej marynacie, w której oprócz pasty chili i kminu rzymskiego była również… coca cola.

W „złotym” ramenie oprócz takich składników jak kremowe jajko, czarna marynowana rzepa, jarmuż i grzyby uszaki (mun) bywały też kacze języki. No i co najważniejsze w esencjonalnym, gorącym bulionie krył się nadzwyczajny, ręcznie robiony alkaliczny makaron. Żeby uzyskać w polskich warunkach makaron zasadowy, do znacznie twardszej niż w Japonii wody Szefowa musiała dodawać węglanu sodu i wapnia. Ale dzięki nim jej makaron miał specyficzny smak i doskonałą sprężystość .

o

o

Ramen Girl Warsaw – złoty ramen (35 zł) Photo credit by Ramen Girl @antoniszyn photo

o

o

Rzeczywistość złotego ramenu

o

o

Złoty ramen w Om Nom Nom z pozoru jest taki sam. Gdy studiuje składniki podane w menu dostrzegam jedynie dwie różnice w zestawie stosowanym w Ramen Girl. Po pierwsze oprócz czarnej marynowanej rzepy i dymki pojawia się ogórek. Po drugie wywar wieprzowy tu nazwany jest tonkatsu. Ale to tylko nazewnictwo. W gruncie rzeczy to to samo. Tonkotsu to wywar gotowany na bazie kości wieprzowych (tonkotsu znaczy kość wieprzowa), za sprawą którego rameny mają złoty kolor i lekko klejący posmak żelatyny. Innymi słowy złoty ramen to po prostu ramen tonkotsu.

Ale już pierwsze, nieodzowne przy spożywaniu ramenu siorbnięcie makaronu z bulionem pokazuje różnice. Ramen jest mniej esencjonalny niż jego pierwowzór w Ramen Girl. Boczek tu zdecydowanie grubiej krojony (i rolowany) jest twardszy od pierwowzoru a makaron choć smakowo naprawdę świetny zbyt regularnie „poskręcany” jak na makaron domowy. Smak tego ramenu jest wyrazisty i naprawdę niezły ale to nie jest ten sam smak. To nie jest ten ramen, na który tu przyszedłem.

o

o

On Nom Nom

Om Nom Nom – ramen złoty (32 zł)

o

o

Uczciwy ramen w Om Nom Nom

o

o

W rozmowie, którą odbyłem po trzeciej wizycie w Om Nom Nom Luiza Trisno przyznała, że wracając do gotowania, w dodatku w takim miejscu jak to musiała pójść na kilka kompromisów. Po pierwsze, ze względu na kompletnie odmienny charakter lokalu musiała stworzyć ramen zdecydowanie bardziej odpowiadający smakom szerokiej publiczności. Po drugie nauczona doświadczeniem z poprzedniej działalności musiała stworzyć przepis na ramen, znacznie mniej pracochłonny niż ten pierwotny, zajmujący kilka dni pracy. Stąd też decyzja o zaprzestaniu produkcji własnego makaronu i serwowania skądinąd bardzo dobrego makaronu firmy Sun Noodle.

Nie sposób nie zgodzić się z Szefową, że ten nowy złoty to „uczciwy ramenem” ale gdy poprzeczkę raz ustawiło się tak wysoko pozostaje niedosyt.

Podobnie rzecz ma się z ramenem miedzianym (grzybowym). W Ramen Girl przygotowywany i serwowany był „na bogato”. Na bazie dashi gotowano bulion z kilku gatunków grzybów (uszaki czyli mun, boczniaki i pieczarki) i serwowano z makaronem, karmelizowaną na maśle cebulką, kremowym jajkiem, rzepą daikon, sezamem, jarmużem. Na wierzchu znaleźć można było przepiękne maleńkie, orzechowe grzybki enoki.

o

o

Ramen Girl Warsaw – ramen grzybowy (32 zł)

o

o

W tutejszym grzybowym ramenie w zasadzie wszystko z wyjątkiem enoków jest takie same. Tym niemniej, oszczędności czasowe w procedurze przygotowania powodują moją pamięć smakową spotyka kolejny zawód. To naprawdę fajny ramen, o którym pewnie pisałbym bardzo dobrze, gdyby nie benchmark – pułapka jaką zastawiła sama na siebie Pani Luiza Trisno. To nie jest ten poziom esencji smakowych jaki zapamiętałem z lokalu na Jana Pawła II. Ale znów podkreślić warto to bardzo uczciwy i przyzwoity ramen.

o

o

Om Nom Nom – ramen miedziany (grzybowy) – 31 zł

o

o

o

o

Tak czy nie?

o

o

Obawiam się, że poczuliście się nieco zagubieni podczas czytania tej recenzji i zniecierpliwieni pytacie „to w końcu warto czy nie?”. Odpowiem w następujący sposób:

W Om Nom Nom można zjeść bardzo przyzwoity ramen. W dodatku można go zjeść w piątki i soboty aż do trzeciej rano. Szefowa Kuchni ma świadomość , że serwuje inny ramen, niż ten który przygotowywała kiedyś. To dalej jej autorski ramen ale ze zdecydowanie mniejszym poziomem dodatku „ego” niż poprzednie. Ja na ten ramen będę wpadał. Tym bardziej, że Luiza Trisno, ciągle szuka i eksperymentuje doskonaląc nową recepturę. Ponadto obiecała i trzymam ją za słowo, że w karcie pojawi się nowy, pomarańczowy ramen.

Jednocześnie postanowiłem jednak, sprawdzić, czy w Warszawie jest miejsce, w którym serwują ramen na poziomie zbliżonym do tego, który Luiza Trisno podawała poprzednio. Wtedy też jeszcze raz przetestuje rameny Luizy. Mam nadzieję, że będzie wysoko w rankingu.

 

Street FoodSnob , , ,

Warszawski Sen o gwiazdkach

Warszawski Sen o gwiazdkach

Jak wynika z opublikowanego w wiosennym numerze magazynu ELLEMAN artykułu „Pasja na talerzu”, Mateusz Gessler – właściciel restauracji Warszawski Sen postawił sobie za cel zdobycie w ciągu trzech lat gwiazdki Michelin dla swojej restauracji. Wydaje się, że cel to odległy i to nie tylko w czasie. Kuchnia Warszawskiego Snu jest porządna, wręcz po poznańsku solidna ale daleko jej do gwiazdkowego poziomu. I choć pretenduje do fine diningu, to nad jej prezentacją warto popracować. W kilku przypadkach zresztą nie tylko nad prezentacją.

o

o

Warszawski Sen działa od 8 lutego.

o

o

Długie menu (24 pozycje) spowodowało, że potrzebowałem aż pięciu wizyt by przejść przez najważniejsze pozycje. Dzięki temu miałem okazję obserwowania procesu dojrzewania restauracji przez jej pierwsze dwa miesiące działania. To ważne, bo restauracja ma rozmach i jej uruchomienie bez wątpienia wymagało ogromu pracy.

Wnętrze jest ascetyczne i intrygujące przestrzennymi, geometrycznymi kompozycjami z metalu autorstwa rzeźbiarza Tomasza Górnickiego. Jego surowość przyjemne ociepla ogromna, otwarta na salę (choć przez szybę) kuchnia i muzyka na żywo, płynąca ze stojącego pod panoramicznym oknem fortepianu. Liczna obsługa budzi lekki śmiech widokiem białych rękawiczek, których zakładanie jest wymagane przez właściciela. Na szczęście nie zawsze skutecznie. Co wychodzi restauracji na zdrowie, bo te białe rękawiczki kompletnie nie pasują. I do lokalu i do obsługi, która choć miła i sympatyczna, jest bardzo nierówna i na ogół odbiega od typowego dla fine diningu i „białych rękawiczek” poziomu.

o

o

Szukajcie wśród przystawek!

o

o

Najdłuższą część karty stanowią przystawki. To cieszy, bo jeśli chcecie znaleźć szybko coś naprawdę dobrego to szukajcie właśnie wśród nich.

Lekko słony „śledź marynowany w oleju lnianym” (28 zł) podawany jest z połówkami ziemniaków, jabłkiem śmietaną i cebulą. Nie zaskakuje, ale filet jest naprawdę wyborny więc jeśli jesteście fanami śledzi bierzcie go śmiało.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Za to zaskoczą Was na pewno „ślimaki winniczki duszone w winie z czosnkiem niedźwiedzim” (29 zł). Tak jak i w przypadku śledzia porcja nie jest wielka za to smak zdecydowanie tak. Kilka miękkich ślimaków otoczonych zawiesistym winnym sosem z listkami czosnku niedźwiedziego spoczywa na podłużnej grzance. Dekoracją tego prostego i akurat ładnego talerza są trzy lekko zamarynowane, żółte pomidorki i gałązka przysmażonego na chrupko koperku.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Z tym pysznym maleństwem konkurować mogą śmiało „cynaderki cielęce duszone w maderze z tymiankiem” (26 zł) Sprężyste podroby zachwycają teksturą. Smak prostego ale fantastycznie współpracującego z kawałkami cielęcych nerek sosu podkręcony jest kwaśnym rokitnikiem. Ten ostatni na zmianę z jarzębiną będzie pojawiał się w wielu daniach. Również z ażurowymi chipsami a szczególnie z zielonym pudrem zetkniecie się jeszcze nie raz.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Warszawski  Sen i jego tatar

Warszawski Sen to również całkiem niezły „befsztyk tatarski” (38 zł). Tatar jest siekany przy gościach. I to naprawdę siekany – bez żadnego ściemniania i przywożenia na wózku wcześniej zmielonego mięsa. Do wyboru jest kilka typowych dodatków czyli cebula, ogórki, grzybki ale i anchois, który dzielnie zastępuje klasyczną dla „warszawskiego tatara” wędzoną sardynkę .

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Do grona przyjemnych zaskoczeń dołączyłbym jeszcze „sałatę z pieczonym żółtkiem podaną z kwaśną śmietaną i prażoną cebulą dymką” (28 zł) Prosty, smaczny mix składników. Liście sałaty, parę jagód jarzębiny i rokitnika, pomidorki i pieczone żółtko. To ostatnie jak się okaże później, dołączy do grupy dyżurnych „składników” talerzy. Tu jeszcze nie drażniło, grając w tej samej smakowej drużynie podczas późniejszych wizyt na talerzu zaczęło co najmniej zastanawiać.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

Smardze raz!o

W pierwszy kwietniowy piątek w Warszawskim Śnie pojawiły się „wiosenne smardze” (39 zł). Pojawiły się i poważnie zagroziły cynaderkom i ślimakom ich liderskich pozycji. Delikatne (i chronione w Polsce!!) grzyby po podduszeniu na patelni znalazły się na patelni w towarzystwie ptysiowych groszków (coś musiało chrupać… oprócz dyżurnego chipsa, który oczywiście wieńczył dzieło), podsuszonych owoców jeżyny i … jarzębiny. Zbudowany na bazie śmietanki sosik i krople zielonego oleju delikatnie dodawały charakterystycznego zapachu czosnku niedźwiedziego. Na tę prawdziwą rozkosz szykowałem się podczas kolejnej wizyty niestety smardze nie dojechały. Mam nadzieję, że będziecie mieli więcej szczęścia.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Warszawski Sen – rozczarowania.

Spośród degustowanych przystawek rozczarowały mnie tylko „zielone szparagi z pianką z parmezanu” (38 zł) i comber z sarny.

Szparagi kocham miłością wielką, ale te hiszpańskie, to przepraszam, bezsmakowe zawracanie głowy. Do tego mało wyrazista pianka, pieczone, opanierowane żółto również nie epatujące smakiem. Właściwie całe danie cierpiało na brak smaku, no bo skoro szparagi ich nie miały… . Za to pudrów było co nie miara – w trzech kolorach! A do tego? a jakże jarzębina!

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Nie przekonały mnie również „medaliony z combra sarny serwowane na zimno z czarnym czosnkiem” (38 zł) . Danie minimalistyczne ale za to bogate w typowe dla tutejszej kuchni „dekory”. Mamy więc zielony puder, obowiązkową jarzębinę, pojawiają się jadalne kwiatki . Mięso było doskonale upieczone ale pozbawione smaku. Wręcz sterylne! Za to warzywny, mocno zredukowany sos o wyraźnym jałowcowym posmaku świetnie do niego pasował. Salsa z mango już mniej ale za to jej obecność zaskoczyła i urozmaiciła „leśną dominantę” dania. Tym niemniej całość nie obroniła się a pretensjonalna prezentacja dania stała się dla mnie ikoną tutejszej szkoły składania talerzy.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Warszawski sen – zupy

Z zup z czystym sumieniem mogę polecić esencjonalne „consomme z warzywami i cherry” (36 zł) a jeszcze bardziej „krem z raków” (48 zł) . Ten esencjonalny i gęsty bisque , skrywający w sobie kilka raczych ogonów jest absolutnie przepyszny. Kapka śmietany z uplasowanym na niej groszkiem ptysiowym pasuje do niego w punkt. Kilka kropel oliwy dopełnia danie.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Dania główne podzielone na mięsne i rybne/vege. Zacznijcie od tych drugich.

o

o

Są tu dwa przyzwoite risotto (– z grzybami, 46 zl i – z młodymi warzywami, 46 zł). Niezłe ale nie na tyle, żeby się nad nimi długo rozwodzić. Skupcie się lepiej na rybach!

Jest wśród nich skrei (już po sezonie ale ciągle ponoć świeży) wymiennie z bałtyckim turbotem z pieca chlebowego. Z tego samego pieca pochodzi fantastyczny „sandacz pieczony na hercie” (62 zł) Pokaźnych rozmiarów filet wieńczy niecodzienne jajko w koszulce (souse vide było w użyciu? ) z pióropuszem czarnego, ażurowego chipsa. Danie buduje wspaniały sos chrzanowy robiony na bazie wina, śmietany i świeżego chrzanu. Zmieszany z siekanymi białkami gotowanych jajek tworzy fundament dla ryby. Gdzieś między warstwami pojawia się blanszowany szpinak. Całość? 10 /10.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Wybór „głównych mięs” jest bardzo szeroki. Polecaną przez serwis „kaczkę z Ostrowa Wielkopolskiego pieczoną a ‘la doktor” (64 zł) odradzam. Przepraszam, ale śp. dr Jan Kulczyk, który zawsze wpadał do Gesslera na taką kaczkę miał zdecydowanie inny gust niż mój. Idźmy po kolei. Sama kacza pierś jest bez zarzutu. Chrupiąca skórka. Mięso miękkie, choć mogłoby być nieco bardziej różowe. Ale punkt dla kuchni! Dodatek pokrojonego w kostkę, podsmażonego ale ciągle kruchego i chrupkiego jabłka ? Kolejny punkt. Mocno słodki, owocowy sos na którym to wszystko spoczywa? Hm! Co z tego, że bogaty, z lekką dominantą pomarańczy, ale i z wyczuwalną nutą miodu! Za słodki! Nieznośnie słodki! Nic nie pomogło wytrawne puree ziemniaczane o delikatnym smaku borowików. Całość nieznośnie słodka! Wybacz Doktorze Janie! To nie dla mnie!

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Przepiórka jak Warszawski Sen

Za to faszerowana „dzika przepiórka w karmelizowanej śmietanie z wędzonymi śliwkami i gruszką” (54 zł) smakowo jest niemal bez zarzutu. Dwa ptaszki przynoszone są w przepięknym, czerwony i arcydrogim, żeliwnym garnku firmy Staub. Do tego w oddzielnych zgrabnych porcelanowych naczynkach z pokrywkami na stół trafiają: puree z kasztanów i batatów, oraz lekko marynowane, gotowane buraczki. Za sprawą obsługi ptaszki, układane są na talerzu na którym spoczywa już otoczone panierką żółtko confit oraz tajemniczy (tym razem biały) puder. Zabawy z ptaszkami co nie miara, ale warto uzbroić się w cierpliwość bo delikatne mięso cudownie smakuje w połączeniu ze świetnym sosem. Mimo obaw nadzienie z wędzonymi śliwkami nie jest zdominowane dymnym posmakiem. Jedyna uwaga to nadmiar batatów w puree z kasztanów jadalnych. Znów zabójcza słodkość dała się we znaki. Wrrr!

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Wreszcie na koniec danie, które w karcie brzmi niezwykle enigmatycznie. „Filet mignon z jelenia” (68 zł) zaskakuje i na talerzu i na podniebieniu. Trzy medaliony wybornie usmażonej dziczyzny zwieńczone są plasterkami borowika. Obok nich na talerzu pysznią się różnymi kolorami trzy warzywne „wieżyczki” , każda z czapką z mocno czosnkowej i pietruszkowej, zasmażki z tartej bułki. Pierwsza wieżyczka to rodzaj quicha z porów. Następna to złożony z plasterków i musu buraczkowy walec. I ostatnia to coś w rodzaju „ziemniaków dauphine” w których zamiast kartoflanych plastrów użyto plasterków pasternaku. Oczywiście nie mogło zabraknąć jarzębiny i zielonego pudru, ale w tym wypadku byłem gotów o nich zapomnieć. Tak podaną dziczyznę lubię, cenię i szanuję.

o

o

Warszawski Sen

Warszawski Sen

o

o

Warszawski Sen. Mój czy nie?

o

0

Warszawski Sen by Mateusz Gessler bez wątpienia okaże się sukcesem. Właściwie już się okazał. Celebryci, dotąd bywający w leżącej naprzeciwko „Werandzie” coraz bardziej garną się do najnowszego dzieła Mateusza Gesslera. I słusznie bo mimo moich uwag to kuchnia o niebo, ba! o cztery nieba lepsza niż ta w Werandzie . Zresztą chyba nikt z restauracyjnych graczy nie karmi tak dobrze na Koszykach jak Mateusz Gessler. Zarówno jego Ćma ( o której przeczytasz tutaj) jak i Sen przebijają wszystkie inne „koncepty restauracyjne” w Hali.

Ale mnie do regularnego bywania w Warszawskim Śnie brakuje kilku korekt w zbyt długiej karcie, bardziej zróżnicowanej, choć mniej efekciarskiej prezentacji dań i symbolicznego zdjęcia „rękawiczek”. Bo może celebrytom i coraz mocniej widocznym na sali przedstawicielom biznesu to odpowiada, ale mi nie. Nie mój klimat. Ani to fine dining ani fajny klimat. Więc mimo, że do paru talerzy zatęsknię, to pewnie wrócę do Warszawskiego Snu, dopiero wtedy gdy ta zacznie latać niżej i będzie mniej korpo i glamour. A i oczywiście będzie przy tym co najmniej tak „porządnie smaczna” jak teraz.

Warszawski Sen by Mateusz Gessler
Szef: Mateusz Gessler i Robert Kondziela
Hala Koszyki, Koszykowa 63
www.mateuszgessler.com.pl
rezerwacje: 22 221 81 76

Casual FoodSnob, Fine Dine FoodSnob , , , ,

Dyletanci? Nie! Hreczaniuk!

Dyletanci? Nie! Hreczaniuk!

Dyletanci. Punkt środkowy mojego ulubionego, powiślańskiego szlaku gastronomicznego czyli miejsce pomiędzy Rozbrat 20 Bakery&Wine a restauracją Bez Gwiazdek. Idąc do tej ostatniej, po lewej, nieco w oddali widać Tamkę 43, restaurację, w której kiedyś splotły się losy szefów kuchni prowadzących obecnie Bez Gwiazdek i Dyletantów.

Roberta Trzópka i Rafała Hreczaniuka dziś łączy na pewno jedno: ucieczka od fine diningu i oddanie się bez reszty bistronomii.

o

o

Bistronomia z najwyższej półki

o

o

Po roku od otwarcia nikt nie dziwi się ani nie bawi nazwą jaką Rafał Hreczaniuk nadał swojej restauracji. Dyletanci po roku to mocno zdefiniowana i znana marka, za którą idzie obietnica kreatywnej, choć nie wydumanej kuchni, świetnego zestawu win i wysokiej jakości za bardzo przyzwoite pieniądze. Do Dyletantów chodzi się wiedząc, że tak jak w prawdziwym bistronomicznym lokalu otrzyma się kuchnię wysokich lotów ale bez zadęcia i onieśmielającego klimatu wykwintnych restauracji zaliczanych do kategorii fine dining.

Podporządkowane jest temu wszystko od aranżacji sali z otwartą kuchnią i małą salką dla koneserów wina po nadzwyczaj proste, krótkie i elastyczne menu. Jego konstrukcja pozwala potraktować Dyletantów zarówno jako miejsce na regularną kolację jak i na spotkania z większą grupą przyjaciół przy winie i małych daniach. Karta nie licząc deserów to zaledwie 12 pozycji, wśród których połowa może być podawana w małych lub dużych porcjach. Choć karta zachowuje podział na przystawki, ryby, mięso i desery można równie dobrze zjeść dużą przystawkę na danie główne i odwrotnie. Menu, co oczywiste jest sezonowe a produkty są dobierane z wielką starannością i pochodzą od najlepszych dostawców. Oprócz menu głównego, serwowanego przez cały dzień, w porze lunchu dostępne jest również menu lunchowe, dające możliwość wyboru za 30 złotych jednej z dwóch przystawek, jednego z dwóch dań głównych i deseru.

o

o

Dyletanci na dwa sposoby

o

o

Omawiając dania dostępne w dwóch rozmiarach nie mogę nie zacząć od „Śledzia z Bornholmu” (porcja mała 24 zł, duża 45 zł). Szef skromnie twierdzi, że to danie to nie jego zasługa. Śledź, złowiony na wyselekcjonowanych łowiskach wokół wyspy, w ramach tzw zrównoważonego połowu trafia do restauracji już w formie zamarynowanej.

Stoi za tym nie kto inny niż firma Śledzie z Bornholmu, która przygotowuje ten specjał zgodnie z duńską, 100-letnią tradycją. Rzeczywiście w słodkawym śledziu, marynowanym w sherry czuć siłę skandynawskiej tradycji. Ale nie zepsuć takiego doskonałego produktu to też sztuka! Rafał Hreczaniuk komponuje talerz, na którym oprócz gotowanego ziemniaka, lekko korzennych pikli z cebuli, ikry z bałtyckiej troci i odrobiny nieodzownego koperku, pojawiają się zgrabne osełki gęstej, wiejskiej śmietany. W sam raz tyle, żeby zrobić dobre tło dla głównego bohatera. Sommelier proponuje do tego kieliszek Granite Domaine de l’Ecu 2014 z regionu Muscadet Sevre-et-Maine (23 zł) i choć do śledzia nie łatwo dobrać wino, to kieliszek wybranego  przez niego „białego” współgra ze daniem wybornie. Bądź co bądź to unikalne biodynamiczne wino, wyprodukowane zaledwie w liczbie 2200 butelek!

o

o

Dyletanci

Dyletanci: Śledź z Bornholmu. Śledź marynowany w sherry, gotowany ziemniak, wiejska śmietana, pikle z cebuli, ikra troci.

o

o

Przegrzebki smażone nie przez dyletantów

o

o

Niezwykle dobrze wspominam doskonałe  „Przegrzebki” (porcja mała 45, duża 75 zł), podane na jedwabistym risotto z nutą porów i odrobinką szczypiorku. Cudowną harmonię niespodziewanie burzy okalający je, pełen umami winegret grzybowy, nadający charakteru ryżowej bazie, na której spoczywa danie. Na perfekcyjnie usmażonych przegrzebkach znajdujemy sześcianiki boczku, który chce, czy nie chce musi świetnie komponować się z małżami Św. Jakuba. Nic tak nie może do tego pasować jak kieliszek świeżego, mineralnego Chablis „Terroir de Faye” 2015 od Patrick Pluze (29 zł)

o

o

Dyletanci

Dyletanci: Smażone przegrzebki, risotto, szczypiorek, winegret grzybowy, boczek

o

o

Więcej warzyw? bardzo proszę

o

o

Nie tylko rybą człowiek żyje, więc warto wspomnieć o dwóch daniach, w których dominują warzywa. „Ser kozi, topinambur, pigwa, burak” (porcja mała 21 zł, duża 42 zł) do którego proponuje się kieliszek Rieslinga (Trocken, Mosel, Zilliken 2015) za 22 zł to dobry wybór dla każdego warzywożercy. Kawałki ugotowanych bulw topinamburu i pieczonego, czerwonego oraz żółtego buraka w radosnym nieładzie łączą się w coś w rodzaju sałatki. Pigwowa marmolada  idzie smakowo ręka w rękę z grudkami, wyrazistego koziego twarogu.

o

o

Dyletanci

Dyletanci:

o

o

Z kolei „Pasternak” (porcja mała 19 zł, duża 38 zł) to bardzo ciekawy kontrast między ziemisto-słodkawym pasternakiem, karmelizowanym w miodzie pitnym (jakże po polsku!) z kawałkami pełnej dymu śliwki wędzonej i podduszonymi grzybami. Ładną kompozycję (wybaczcie z racji braku światła zdjęcie nie nadaje się do publikacji) wieńczą misternie ułożone patyczki ze świeżej gruszki. Pijemy do tego kieliszek ciemno czerwonego Barbera d’Alba od Giacomo Fenocchio za 23 zł

o

o

Skrei czyli gość z północy

o

o

W lutym i marcu nie można zapomnieć o skreiu. Cudowny dorsz spod Lofotów, za sprawą mocnej promocji Norge i Norweskiej Rady ds. Ryb i Owoców Morza atakuje nasze zmysły w co najmniej kilkudziesięciu restauracjach głównych miast Polski. W Dyletantach pojawiał się w kilku odsłonach w karcie głównej i kartach lunchowych. Nic dziwnego, produkt to doskonały i żal nie go wykorzystywać, zresztą ku zachwytowi klientów. Skrei z Dyletantów, z którym dane mi było skrzyżować sztućce zachwycił delikatnym, soczystym białym mięsem spoczywającym na emulsji z cydru Ignaców z kawałkami selera bulwiastego, seler naciowym, kaparami i musztardą pełnoziarnistą. Kiedy byłem tam ostatnio  smażony skrei podawany był z cytrusową emulsją, orzechami, jabłkiem i selerem naciowym. Oba doskonałe dania kosztowały 32 zł za małą porcję i 64 zł za dużą. Do obu serwowano za dodatkowe 42 zł świetne Bandol Rose z Chateau de Pibarnon.

 

o

o

Dyletanci

Dyletanci: Skrei, emulsja z cydru Ignaców, seler bulwiasty i naciowy, kapary, musztarda pełnoziarnista.

o

o

Animelka czyli mleczko cielęce

o

o

Jednak najbardziej kładzie na kolana, egzotycznie brzmiąca „Animelka cielęca” (porcja mała 29 zł, duża 58 zł). Można było danie nazwać po prostu kiełbasą z grasicy, albo mniej znanym określeniem „mleczko cielęce”. Szef Rafał wybrał jednak „animelkę”, nazwę grasicy pochodzącą od włoskiego słowa animella oznaczającego siedlisko duszy. W tym daniu widać wiele z kreatywnej duszy Hreczaniuka. W pękatej kiełbasce znajdziemy nie tylko rozdrobnioną grasicę ale również, foie gras i zwykłe mięso. Intrygujący, delikatny smak tego arcydzieła spoczywającego na śmietanowym , delikatnym sosie chrzanowym spotyka się na talerzu z owocowymi, kwaskowatymi i słodkawymi smakami kremu z karmelizowanego jabłka i konfitury z borówki. Związek to doskonały, więc uprzejmie domagam się pozostawienia tego dania w karcie na dłużej! Do animelki nie pożałujcie sobie kieliszka białego Brezeme Roussane, Eric Texier, 2014 z Doliny Rodanu, który przez lekkie nuty gruszki i miody doskonale komponuje się z kiełbaską.

o

o

Dyletanci

Dyletanci: Animelka cielęca. Kiełbasa z animelki i foie gras, jabłko w karmelu, chrzan, borówki

o

o

Dania duże i poważne

o

o

Przegląd dań dostępnych wyłącznie w postaci dużej porcji zacznę od „Borowika stepowego”. Wielu z Was zachodzi pewnie w głowę skąd ten Hreczaniuk wziął borowika w marcu. Otóż podstawa tego dania, czyli usmażony na patelni borowik, to nie borowik szlachetny ale kuzyn boczniaka zwany borowikiem stepowym lub mikołajkowym. Ten hodowlany grzyb jest mniej aromatyczny i zdecydowanie twardszy po obróbce termicznej niż borowik szlachetny. Ale dzięki temu to danie, w którym wyraźnie objętościowo dominuje kremowe, ziemniaczane puree i wiejska śmietana ma zróżnicowane tekstury, stając się ciekawszym dla naszego podniebienia. Odrobina emulsji i oliwy estragonowej przyjemnie łączy się ze smakiem grzybów a całość wieńczą chipsy. A jaki szczep do tego? Rafał Hreczaniuk i sommelier sugerują chardonay a dokładnie Bourgogne Chardonay, Domaine Duroche 2014, (25 zł). Nie sposób z tą propozycją polemizować.

o

o

Dyletanci

Dyletanci: Borowik stepowy. Smażony borowik stepowy, kremowe ziemniaki, ser bursztyn, wiejska śmietana, estragon.]

o

o

Proste? Zawsze kreatywne

o

o

„Tatar wołowy”  to danie proste, w którym wydawać by się mogło liczy się tylko jakość mięsa. Tatar Hreczaniuka to jednak nie tylko top produkt ale i piękna kompozycja i ciekawe dodatki. Grudki posiekanego mięsa pokryte są finezyjnie kleksami piany z ogórka, solonego żółtka i kuleczkami niecodziennie spotykanych (ostatni raz w Nomie) kaparów z dzikiego bzu czyli marynowanych pączków kwiatostanu tej rośliny. Równie niecodziennym dodatkiem są kawałeczki zeszklonej słoniny, które nadające mięsu zupełnie inny wymiar smakowy. Piana z ogórków kiszonych to dodatek, który pamiętam jeszcze z Tamki 43. Wielu z byłych współpracowników Szefa Hreczaniuka zapożyczyło ten dodatek do swoich tatarów, ale w ich wydaniu piana była albo zbyt rzadka albo zbyt kwaśna. Tu jest ideałem, wręcz wzorcem piany z ogórka kiszonego. Jak i cały tatar, który cieszy smakiem i kreatywnym podejściem do tego popularnego dania. Pijemy do tego kieliszek francuskiego Morgon 2015 z Beaujolais, z Domaine Marcel Lapierre, (32 zł)

o

o

Dyletanci

Dyletanci: Tatar wołowy, kapary bzu, słonina, żółtko solone, piana z ogórka kiszonego

o

o

 

Perliczka wizytówką Szefa!

o

o

I wreszcie na koniec danie, które jeszcze raz pokazuje kunszt Szefa Rafała Hreczaniuka. Perliczka czyli udomowiony, afrykański, dziki ptaszek ma mięso soczyste i miękkie. Szef bierze na warsztat połówkę ptaka i podaje ją przyrządzoną na trzy sposoby. Różne kawałki mięsa trafiają na stół w wersji smażonej, konfitowanej i pieczonej.

Doskonała nóżka uformowana w zgrabną wiązkę pozbawiona jest ciemnego mięsa z uda, z którego zrolowano cudowne roladki kryjące w sobie wiązkę igiełek rozmarynu. Pierś w dwóch kawałkach skrywa pod fantastycznie chrupiącą skórką zadziwiające, niespotykane chyba u jakiegokolwiek innego ptactwa mięso. Winna słodycz madeirowego sosu i fruktoza z karmelizowanej marchewki tworzą z mięsem spójną całość. Dodatkiem są talarki przesmażonych ziemniaków zrobione na granicy – już nie surowe ale jeszcze nierozpadające się. Zaproponowany do dania burgund (Bourgogne Roncevie, Domaine Arlaud 2014, 33 zł) nie bez powodów rekomendowany jest do kurczaków, indyków i perliczek.

o

o

Dyletanci

Dyletanci: Perliczka. Pół perliczki, marchewka confit, sos madeirowy, ziemniaki.

o

o

Dyletanci – kreatywna przystań dla naszych zmysłów

o

o

Rafał Hreczaniuk opuściwszy Tamkę 43, opuścił fine dining tworząc z Dyletantów, których jest współwłaścicielem bezpieczną i przyjazną przystań dla rozwoju swojego talentu. Sukces Dyletantów świadczy o tym, że ta odważna decyzja była ze wszech miar słuszna a jego bezpieczna przystań jest też przystanią wybitnych smaków, w której miejmy nadzieję dane nam będzie długo cieszyć nasze zmysły. Choć przez rok mojego jadania w Dyletantach, czasami dawało się odczuć zmęczenia Szefa to ostatnie cztery wizyty pokazały dobitnie, że jeszcze niejednym nas będzie zaskakiwał w przyszłości.  Czemu nie ukrywam, będę się aktywnie przyglądał.  Trzymam kciuki Szef!

 

 

Casual FoodSnob , , ,

L’enfant Terrible – awangardowy fine dining Michała Brysia.

L’enfant Terrible – awangardowy fine dining Michała Brysia.

L’enfant Terrible

Jeśli wierzyć inspektorom żółtego przewodnika Gault&Millau, L’enfant Terrible to po Senses i Atelier Amaro trzecia restauracja w Polsce. W ostatniej edycji tego największego kompendium wiedzy o polskich restauracjach L’enfant Terrible i jej szef Michał Bryś otrzymali odznakę trzech czapek kucharskich i 16 na 20 możliwych punktów. W Polsce jest tylko 13 restauracji z trzema czapkami ale żadna inna nie zdobyła aż tylu punktów.

Drogę na podium Michał Bryś pokonał brawurowo. W 2015 (a więc zaraz po otwarciu) otrzymał 13,5 punktu i dwie czapki a już rok później 15,5 punktu dało mu trzecią czapkę. W tym samym roku kolegium redakcyjne Gault&Millau nadało mu tytuł „Szef Jutra”. Pół punktu więcej, o które skoczył w 2017 to niby niewiele ale właśnie tyle by wejść do pierwszej trójki.

W odróżnieniu od Senses i Atelier Amaro, L’enfant Terrible to zupełnie inny pomysł na restauracje. Serwowana tu kuchnia nosi wszelkie znamiona „fine diningu” (ceny zresztą również) ale doskonała atmosfera i profesjonalny ale „na luzie” serwis sprawiają, że etykieta restauracji „eleganckiej” jakoś tu nie pasuje. Drewniano-ceglane ściany i proste stoły, nienakryte obrusami tworzą nieco „podwórkowy” klimat.

Pasuje to bardzo do nazwy, która po francusku znaczy dosłownie „niesforny” lub wręcz „okropny chłopiec”. W przenośnym znaczeniu słowo to stosuje się jednak do określenia kogoś, kto jest awangardowy. Jest na przykład artystą przekraczającym ramy epoki, którego nikt nie rozumie. Przyjmując takie znaczenie tych słów nie sposób nie zgodzić się, że restauracja Brysia jest l’enfant terrible fine diningu w Polsce.

Kim jest Michał Bryś, po jego występach w Hell’s Kitchen właściwie nie trzeba pisać. Z wykształcenia aktor, z zawodu producent teledysków, scenarzysta i reżyser.  Z pasji kucharz samouk choć z rodziny z tradycjami gastronomicznymi. Swoje umiejętności doskonalił na stażach w takich restauracjach jak: De Librije w Zwolle (3 gwiazdki Michelin), The Ledbury w Londynie (2 gwiazdki Michelin), Geranium w Kopenhadze (3 gwiazdki Michelin), The Harwood Arms w Londynie (1 gwiazdka Michelin). Mało? Jego talerze mówią, że nie!

Bywam u Brysia właściwie od samego początku. Mam za sobą wiele lunchy i kolacji ale z wyjątkiem testu zestawów lunchowych nigdy jeszcze nie pokusiłem się na opisanie moich wrażeń kulinarnych z tych wizyt. W końcu przyszedł czas, żeby to zmienić.

o

o

Chleb, po który stałbym w długiej kolejce.

o

o

Gdyby Michał Bryś otworzył własną piekarnie, codziennie cierpliwie czekałbym w długiej kolejce po jego chleb. Domowe pieczywo to codzienność restauracji na tym poziomie, ale jakość tego w L’enfant Terrible przebija dzieła wszystkich, znanych mi piekarzy. Chleb jest pieczony na 17-to letnim zakwasie a jego asortyment zmienia się w zależności od nowych pomysłów i receptur Szefa. Podczas ostatniej wizyty dane mi było spróbować domową foccacię skropioną oliwą, chleb na palonym słodzie z żurawiną i pestkami dyni i ostatnią nowość, chleb w stylu francuskim robiony tak jak 200 lat temu we Francji z różnych lokalnych rodzajów pszenicy.

o

o

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible –  pierwszy z prawej – chleb wg. starej receptury francuskiej

o

o

Z wcześniejszych wizyt szczególnie mocno zapamiętałem doskonały chleb z orkiszu i żyta z różnych rejonów polski wędzony przed podaniem palonym sianem w dużym garnku. Zjawiskowy smak i bardzo efektowna ceremonia serwowania. Do chleba podawane jest zawsze świetne masło, ostatnio przygotowane na dwa sposoby: na kwaśnej śmietanie i wędzone.

Chleb i masło. Uwierzcie mi, że gdyby nie nęcące nazwami dania mógłbym poprzestać na tym zestawie.

o

o

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible

o

o

o

o

Amuse-bouche w L’enfant Terrible czyli niegrzeczny chłopiec cieszy usta klientów

o

o

Amuse-bouche to jak wiadomo mała przekąska, na jeden góra dwa kęsy, podana zaraz po złożeniu zamówienia. Jej rolą jest cieszyć (amuse) usta (bouche) klientów czekających na zamówienie. W L’enfant Terrible amuse-bouche zmienia się dość często więc nie daję głowy, że wy również otrzymacie chrzanową panna cottę z musem jabłkowym i pomarańczową galaretką. Jeśli nie to żałujcie, choć na pocieszenie dane Wam będzie cieszyć się pewnie innym smakowitym maleństwem.

W moim amuse-bouche znalazłem i słodycz i kwas. Łagodność śmietany i ostrość chrzanu. Wszystko co trzeba, żeby postawić na baczność zmysł smaku i przygotować się do smakowania kolejnych dań.

o

o

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible: amuse-bouche

o

o

o

o

L’enfant Terrible na dwa sposoby.

o

o

Decydując się na kolację u Michała Brysia możecie wybierać między 6-cio daniowym menu degustacyjnym i zamawianiem a la carte. Menu to dobra opcja na szybkie poznanie większej części karty. Kosztuje co prawda 269 złotych od osoby ale dania są znacznie większe niż w przypadku typowych menu degustacyjnych. W ramach menu oprócz czterech pierwszych dań, jedno z dań głównych i deser są do wyboru.

Idealną opcją jest zamówienie przez jedną osobę menu degustacyjnego i uzupełnienie brakujących w nim dań zamówieniem a la carte. Szczęśliwie w odróżnieniu od innych restauracji tej klasy tu jest to możliwe.

o

o

Przystawki w L’enfant Terrible

o

o

Z przystawek największe uznanie znalazł w moich oczach „Jeleń & Mirabelka” (60 zł) Przepyszny prostokącik pasztetu z jelenia podany został z gałką, posypanych wędzoną solą lodów mirabelkowych spoczywających na chrupkiej kruszonce. Na małej brioche ułożono misternie krople puree z suszonych śliwek i żelu z Tokaja. Obok spoczywał mały stożek kremu zrobionego z białej czekolady i foie gras. Miła oku kompozycja okazała się prawdziwą smakową petardą. Każdy element tak charakterystyczny w swoim indywidualnym smaku zagrał jak jedna orkiestra. Niezwykła staranność w dobraniu tekstur produktów zapewniła podniebieniu atrakcyjność wszelkich doznań.

0

0

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible: Jeleń & Mirabelka

0

0

Równie pyszny a dodatkowo jeszcze ładniejszy był „Przegrzebek & Wanilia” (59 zł) Usmażone w punkt mięczaki złożone zostały na stożkach pysznego kremu waniliowego, otoczonego kleksem sosu atramentowego z mątwy. Żeby w ustach nie było zbyt miałko Szef położył na kremie znakomite chrupki z orzechów pecan z bobem tonka, a dla podkręcenia dania elementem kwaśno-ostrym złożył obok małe, kwadraciki galaretki limonkowej z jalapeno. Atrament mątwy posłużył również do przygotowania ażurowego chipsa pięknie wieńczącego całość. Ostatnim morskim elementem była wybitnej sławy i smaku wędzona sól morska z Maldon. Było w tym daniu lekkie szaleństwo ale wszystko pasowało idealnie.

o

o

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible: Przegrzebek & Wanilia

o

o

„Troć & Koper”(55 zł) zachwyciła mnie odrobinę mniej. W zgrabnych połówkach ptysia spoczywały płatki troci, najpierw marynowanej w białym rumie a potem uwędzonej na zimno. Troci, towarzyszył klasycznie koperek ale tu w postaci trojakiej i całkiem nie klasycznej. Był tu i krem koperkowy zamknięty z rybą w ptysiu i lody koperkowe spoczywające na koperkowej kruszonce. Dla przełamania dominacji zielonego towarzysza ryb łososiowatych podano obok musztardę z granatów i gorczycy miło atakującą usta słodyczą i ostrością zarazem.

o

o

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible: Troć & Koper

o

o

Dlaczego więc nie padłem na kolana? Pewnie dlatego, że chyba rok temu jadłem tu troć w wydaniu doskonałym. Była to troć fiordowa wędzona na zimno w dymie bukowo dębowym , która wcześniej odbyła kąpiel solankową z ziołami, oraz delikatne marynowanie w likierze limoncello. Tak przygotowana trafiała na talerz w towarzystwie majonezu imbirowego, emulsji kolendrowej, chrupek orzechowych i marynowanej gruszki. Choć potem dane mi było próbować jeszcze innych wersji troci Szefa Brysia ta stała się niedościgniętym benchmarkiem.

0

0

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible

0

0

o

o

Trzy czwarte dań głównych.

o

o

Trzy z czterech dań głównych polecam z czystym sumieniem. Czwartego nie bo zabrakło już sił na degustację.

Palmę pierwszeństwa w moich oczach dzierży „Wieprz barbecue” (85 zł) Peklowana wieprzowina doprowadzona do postaci pulled pork czyli „wyczesanego” na pasemka mięsa zamknięta została w buchcie drożdżowej przypominającej azjatyckie buny. Drugim elementem dania było boudin noir czyli francuska kaszanka przygotowana wyłącznie z krwi. Danie wykańczały dodatki w postaci sosów: domowego barbecue i musztardowego a także marynowanych jabłek i słodko-kwaśnych szalotek. Czysta poezja dla mięsożercy. Dla innych może nieco za ciężka ale im polecam ją w wersji z menu degustacyjnego.

o

o

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible: Wieprz barbecue

o

o

Jeśli ktoś woli ryby to może (o ile zdąży bo sezon się kończy) spróbowac „Skrei’a & Porzeczki” (95 zł). Dorsz Skrei to prawdziwa morska doskonałość. Wybornie usmażony, podany został z kontrapunktującym go nutami kwaśnymi risottem porzeczkowym z creme de cassis oraz z czerwoną kapustą. Całość przy stoliku polana została sosem homarowym na bazie szampana. Skrei, jak to Skrei był po prostu obłędny ale tu wokół niego tyle się działo, że moja miłość do tej ryby poszybowała pod nieboskłon.

o

o

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible: Skrei’ & Porzeczka

o

o

Pięknym talerzem jest też „Przepiórka& róża” (99 zł). Przepiórka była delikatna i soczysta ale tym co najbardziej urzekło w daniu były gnocchi orzechowe. Smak idealnie dopasowany do delikatnego ptaka a do tego niespotykana struktura. Miękkie w środku, z zewnątrz otoczone przypieczoną skorupką przywodziły na myśl delikatne, pieczone i wypełnione orzechowym puree ziemniaki. W zestawieniu z przepiórką dobrze wypadły sos różany i gruszka, a ułożona na wierzchu kosteczka z lekko chrupiącej kalarepki była kolejnym dowodem dbałości Szefa o równowagę tekstur. Ale i tu należy ostrzec, że danie nawet w wydaniu degustacyjnym jest niesłychanie sycące.

0

0

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible: Przepiórka& róża

0

0

o

o

L’enfant Terrible na wety.

o

o

Mając do wyboru „Piernik& gruszka” (32 zł) i „Czekoladę & pomarańczę” (32 zł) postawiłem na ten ostatni deser. Na talerzu spotkały się: słodycz ciastka z sycylijskich pomarańczy i migdałów i gałka sorbetu z 70% czekolady. Wspólną ramą był uwodzący orientem sos pomarańczowo-kardamonowy a dodatkiem zbudowany na bazie bitej śmietany i wanilii madagaskarskiej delikatny i lekki krem chantilly. Deser nie tylko ze względu na pomarańcze przywodził na myśl smaki deserów z Sycylii. Był słoneczny i transkulturowy jak tamtejsze desery. Za to mniej słodki przez co jeszcze lepszy.

0

0

l’Enfant Terrible

l’Enfant Terrible: Czekolada & pomarańcza

0

0

o

o

L’enfant Terrible, Michał Bryś czapka (trzy) z głowy

o

o

Kuchnia Szefa Michała Brysia od początku istnienia L’enfant Terrible miała w sobie nutę szaleństwa. Dziś to szaleństwo nieco przycichło co nie zmienia faktu, że Michał Bryś potrafi zaskoczyć jak mało kto. Trudno zarzucić cokolwiek smakom serwowanych przez niego dań. To kuchnia najwyższych lotów, która stawia na pełne partytury smaków nie bojąc się oryginalnych połączeń. Dbałość o tekstury powoduje, że dania atakują podniebienie wszystkimi możliwymi bodźcami. W gotowaniu Szefa Brysia widać, że jest to coś co go bawi i czym mimo upływu czasu Bryś cieszy się jak dziecko. Jednocześnie brak w tym prostackiej zabawy narzędziami i technikami. Tu nie epatuje się souse-vide, ciekłym azotem czy żelowaniem. Liczy się produkt i jego łączenie w całość. Reszta jest milczeniem. Wewnętrzną sprawą kuchni. I dobrze.

Talerze Brysia wizualnie nieco się uspokoiły w stosunku do tych z początków restauracji choć w dalszym ciągu jest w nich mnóstwo „malarskich elementów”. Szczęśliwie formy są wyrafinowane i niepowtarzalne co powoduje, że na każdy serwis czeka się z zaciekawieniem.

Przez blisko trzy lata istnienia L’enfant Terrible ewoluował wspinając się coraz wyżej. To widać szczególnie wtedy, kiedy zbiera się notatki i zdjęcia z tych wszystkich wizyt i porównuje te najstarsze z obecnymi. To cieszy i daje nadzieje na przyszłość. Na zmianę na jeszcze lepsze, kolejne punkty a kiedyś kto wie może i więcej. W końcu niebo gwiaździste nad nami.

I na koniec.

Jedno w L’enfant Terrible jest niezmienne. Serdeczność obsługi i miła atmosfera. Podczas mojego ostatniego pobytu przy stolikach obok bawiła się swobodnie i głośno duża grupa przyjaciół. Mam za sobą cudowne kolacje urodzinowe w Senses, Atelier Amaro i Nolicie. Mam tez przed sobą kolejne okrągłe urodziny. I wiem, że będę chciał je spędzić w L’enfant Terrible. Bo ważne chwile trzeba święcić tam gdzie jest arcysmacznie, miło i sympatycznie. W L’enfant Terrible.

Fine Dine FoodSnob , , , , , ,

Nowe menu Bez Gwiazdek. Pomorze w grudniu.

Nowe menu Bez Gwiazdek. Pomorze w grudniu.

Bez Gwiazdek błyszczy kolejnym menu. Zgodnie z obietnicą od początku grudnia zamiast menu inspirowanego kuchnią Mazowsza pojawiły się nowe 4-ro, 5-cio i 6-cio daniowe zestawy dań, czerpiących z dziedzictwa kuchni Pomorza.

 

 

Bez Gwiazdek. Menu grudzień 2016. Pomorze.

Bez Gwiazdek. Menu grudzień 2016. Pomorze.

 

 

Bez Gwiazdek – drugie koty za płoty.

 

Obaj Szefowie: Robert Trzópek i Janek Kęcik żartują, że zazwyczaj drugie menu degustacyjne, jako „menu prawdy” powinno być gorsze od pierwszego. Nawet jeśli w takich żartach jest coś na rzeczy to zdecydowanie nie tym razem. Po świetnym debiucie, o którym pisałem miesiąc temu, mamy drugie, jeszcze mocniejsze i bardziej wyrównane uderzenie smaków. Testowałem je w ostatni czwartek i stwierdzam stanowczo, że z jednym wyjątkiem nie sposób mieć jakiekolwiek uwagi do tego co trafia na stół.  Wybaczcie, że z racji braku światła, moje zdjęcia tak słabo oddają wygląd dań.

 

 

Bez Gwiazdek

Bez Gwiazdek. Menu Grudzień 2016- Pomorze. SELER-DYNIA

 

 

Na początku nowego serwisu na stole ląduje tradycyjnie wariacja warzywna. SELER – DYNIA to nic innego jak kiszony seler julienne (czyli pokrojony na drobne paseczki) przykryty szerokimi i cieniutkimi wstążkami dyni zblanszowanej w syropie cukrowym. Całość posypana jest prażonymi pestkami dyni i skropiona dressingiem z oleju dyniowego zmieszanego z sokiem z kiszenia selera. Jest tu i słodko i kwaśno ale mimo późnej jesieni za oknem, niezwykle świeżo.

 

 

Bez Gwiazdek – i dwie gwiazdy rybne w nowym menu

 

 

Kolejne cztery dania prezentują taki poziom, że nie sposób wskazać na zwycięzcę nie mówiąc już o ustaleniu jakiegoś rankingu.

Pierwszy był (a jakże – wszak Pomorze) – „ŚLEDŹ. Słonecznik bulwiasty, wywar wołowy”. Zaskakujące połączenie okazało się nadzwyczaj trafne. Własnoręcznie marynowany na ostro, świeży śledzik bałtycki od Pana Bernarda został zwinięty w zgrabne roladki, ułożone na odrobinie bulionu wołowego. Roladki rozdzielała łyżka kwaśnej śmietany na której spoczywały lekko skarmelizowane ćwiartki topinamburu. Kaszubski solony śledź ze śmietaną i ziemniakami w wersji współczesnej, odrobinę bardziej wyszukanej smakowo ale nie pozostawiającej żadnych wątpliwości co do źródła inspiracji.

 

 

Bez Gwiazdek.

Bez Gwiazdek. Menu grudzień 2016: Pomorze. ŚLEDŹ. Słonecznik bulwiasty, wywar wołowy

 

 

Ledwo kubki smakowe odpoczęły a pojawił się inny reprezentant kuchni Kaszubów – Morzan. „DORSZ. Ziemniaki, cebula, olej lniany” był równie prosto skomponowany jak śledź. I równie pyszny. Cudowny kawałeczek, gotowanego na parze lub w kąpieli wodnej dorsza bałtyckiego spoczywał na zgrabnej poduszeczce z musu ziemniaczanego z olejem lnianym. Danie wspierał smak cebuli podanej na dwa sposoby: po pierwsze w formie consomme a po drugie w formie zgrillowanych a wcześniej piklowanych piórek.

 

Bez Gwiazdek i dwa mocne, mięsne punkty nowego menu.

 

Za dorszem na Robert Trzópek podał swoją wersję kaczki po gdańsku.  „KACZKA. Wieprzowina, krwista pomarańcza” to wielopiętrowa konstrukcja wyłaniająca się z jeziorka sosu z czerwonej, sycylijskiej pomarańczy, którym zostaje podlana z osobnego garnuszka. U podstaw tej konstrukcji można znaleźć fondant ziemniaczany a jej kolejne piętra to mus z szynki, okrągły plasterek, zrolowanej kaczki confit i chips ziemniaczany. Kaczka i pomarańcze. Niby klasycznie ale inaczej. Mnóstwo smaków, tekstur – dzieje się na talerzu i na podniebieniu.

 

 

Bez Gwiazdek. Menu grudzień 2016: Pomorze.KACZKA. Wieprzowina, krwista pomarańcza.

Bez Gwiazdek. Menu grudzień 2016: Pomorze.KACZKA. Wieprzowina, krwista pomarańcza.

 

 

Po tym mięsnym szaleństwie „BOCZEK PO KASZUBSKU. Warzywa korzeniowe” wydawać by się mógł banalny. Nic bardziej mylnego. To danie to rodzaj wariacji na temat śledzia po kaszubsku tyle, że nie w wersji turystycznej (czyli tej z pomidorami) i oczywiście bez…śledzia . Na słodko kwaśnych, pokrojonych w cienkie paseczki warzywach korzeniowych spoczywa foremny sześcian boczku wcześniej gotowanego w kąpieli wodnej a potem smażonego aż do uzyskania krystalicznej, chrupiącej skórki i rozpływającego się wnętrza. Na wierzchu kilka pasemek grillowanej dymki i dużo ziela angielskiego. Szaleństwo smaków.

 

 

Bez Gwiazdek.

Bez Gwiazdek. Menu grudzień 2016: Pomorze.BOCZEK PO KASZUBSKU. Warzywa korzeniowe.

 

 

 

I tylko deser zbyt chrupał.

 

 

Na deser „SZARLOTKA. Jabłko, kruszonka, sos angielski” czyli dekonstrukcja klasycznej szarlotki. Jabłko, które pojawia się na talerzu w formie puree oraz zgrabnych, skarmelizowanych na patelni kawałeczków, wraz z kruszonką zostaje polane na oczach gościa klasycznym sosem angielskim. Fajnie pomyślane i choć nie jestem miłośnikiem jabłek w jakiejkolwiek postaci chwaliłbym i to danie, gdyby nie zbyt twarda, wręcz krystaliczna kruszonka. Obaj Szefowie, przyznali, że ciągle jeszcze szukają właściwego stopnia twardości tak by uchronić kruszonkę przed natychmiastowym „rozciapaniem się” po zalaniu sosem angielskim. Ta próba był aż nadto skuteczna ale znając „dynamikę” kuchni Bez Gwiazdek już na dzisiejszym serwisie może być inaczej.

 

 

Bez Gwiazdek

Bez Gwiazdek. Menu grudzień 2016: Pomorze. SZARLOTKA. Jabłko, kruszonka, sos angielski

 

 

Bez Gwiazdek – nowe wina, nowe pieczywo.

 

 

Oczywiście nowemu menu towarzyszy nowa selekcja win w ramach dostępnego wine pairingu, za który odpowiada Adrian Górniak.

Z nowości wychwyciłem również pierwszą całkiem udaną próbę piekarską. Na stole pojawia się ciekawe pieczywo pszenne z otrębami własnego wypieku, które towarzyszy kromkom chleba z wędzoną śliwką i prażoną cebulą z piekarni Piwońskich z Łomianek. Do pieczywa podaje się olej rzepakowy tłoczony na zimno z Góry Świętego Wawrzyńca i masło roboty Szefa Janka Kęcika. Jedno i drugie nadzwyczajnego smaku.

Podsumowując z radością stwierdzam, że Bez Gwiazdek ciągle ma gwiazdy w menu i konsekwentnie a przede wszystkim arcysmacznie podąża szlakiem autorskiej koncepcji Roberta Trzópka. Tak jak miesiąc temu gratuluję i trzymam kciuki za kolejne styczniowe menu. Wieść gminna głosi, że inspiracją do niego będzie Podlasie.

 

Bez Gwiazdek
Szef Robert Trzópek
ul. Wiślana 8, Warszawa
Facebook: https://www.facebook.com/bezgwiazdek
rezerwacje: 22 628 04 45
otwarta: pon-sob 18:00 – 23:45

 

 

Casual FoodSnob , , ,

Port Royal. Jadalna przystań w Hali Koszyki.

Port Royal. Jadalna przystań w Hali Koszyki.

Port Royal, Hala Koszyki

O Hali Koszyki napisano już mnóstwo tekstów. Były relacje z otwarcia, sporo artykułów na temat generalnego „konceptu” nowej Hali i jeszcze więcej hejtu na ten temat. Były listy restauracji i barów i nieśmiałe próby rekomendacji ale nikt jeszcze nie opublikował recenzji żadnego z miejsc, w których można tu zjeść. (Ktoś? Gdzieś?) Jako miłośnik Hali i jej konceptu, czemu dałem niebezkrytyczny wyraz w poście tuż po otwarciu, poczułem się w obowiązku zmienić ten stan rzeczy. Kilkanaście wizyt w różnych restauracjach i barach daje podstawę do dokonania subiektywnego wyboru miejsc do zarekomendowania. Skupiając się na restauracjach czyli tych miejscach w Hali, które mają własne miejsca do siedzenia zaczynam od Port Royal.

Jeśli szukacie gastronomii wysokich lotów omijajcie Halę. To nie miejsce, w którym da się zaspokoić hedonistyczne potrzeby Foodies z finedinningowej czy nawet casual-finedinningowej półki. Kuchnia w tutejszych restauracjach jest dość prosta. Karty są krótkie, a wśród dań goszczą często małe „talerzyki”, tapasy, przekąski. Nie znaczy to, że nie warto wpadać do Hali. Wbrew temu co się pisze Hala to całkiem fajne, choć ciągle zbyt tłoczne miejsce do biesiadowania dla wszystkich i to bez względu na wiek i stosunek do hipsterstwa.  I taki w większości jest charakter restauracji, które znajdziemy w środku.

 

Dlaczego Port Royal na początek?

 

Bo zdecydowanie mieści się w TOP 3 tutejszych restauracji, wliczając w to nowo otwartą Ćmę.

Bo broni się dobrym produktem, który tylko czasem da się zepsuć podczas przygotowania.

Bo choć staff nie do końca „ogarnia” (co zresztą jest standardem w Hali) to uwzględniwszy ciasnotę kuchni i zaplecza i tak dokonuje prawdziwych cudów.

 

Port Royal – warto zawinąć tu na ostrygi.

 

W swoim teście najlepszych ostryg w Warszawie uhonorowałem Port Royal dwukrotnie. Oprócz  niezłego (drugiego w Warszawie) wyboru różnych rodzajów ostryg, znajdziecie tu też najbardziej kreatywną formę ich serwowania. „Zestaw 4 smaków” (40 zł za 4 sztuki) to ostrygi pacyficzne podane na cztery sposoby. Są tu: ostryga serwowana klasycznie, z bardzo dobrym vinegrette,  ostryga lekko podpieczona i zawinięta w cieniutki plasterek zielonego jabłka, ostryga podane z ogórkiem i marchewkowym vinegrettem oraz ostryga lekko zapiekana w panko.

 

Port Royal

Port Royal: Zestaw 4 smaków.

 

 

Azjatyckie mule w Port Royal.

 

Menu Port Royal składa się z dwóch części a tak naprawdę od jakiegoś czasu z dwóch kart.  Od rana aż do godziny 15:00 dostępna jest karta śniadaniowo – lunchowa (śniadania do 12:00, lunche 12:00 – 15:00). Od 16 możemy korzystać z karty głównej. Ta godzina pomiędzy porą lunchu i kolacji to czas na „social lunch” dla Załogi Port Royal, podczas którego dostępny jest jedynie bar ostrygowy i serwis „take away”.

Szczęśliwie w obu kartach można znaleźć wybitne „Mule Port Royal” w mleku kokosowym, zielonym curry z limonką i trawą cytrynową w asyście całkiem sporego koszyka z kawałkami bagietki. Pachną i smakują Azją w sposób tak niezwykły, że nie dość że biją na głowę dostępne tu podczas kolacji „Mule Port Classic” (w winie) to zostały uznane przez Moją Ukochaną Żonę za lepsze niż te, które ja serwuje w domu od czasu do czasu. Skandal!  Uwaga! Choć dostępne są w dwóch rozmiarach (0,3 kg za 25 zł i 0,5 kg za 39 zł) bez namysłu bierzcie większe. Miły garnuszek z pokrywką, w którym Wam zostaną podane bardzo prędko okaże się pusty.

 

 

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: Mule Port Royal

 

Podczas kolacji skuście się koniecznie na niezwykłą „Ośmiornice Consome” (26 zł)  Na śmiesznej, emaliowanej  tacce-miseczce otrzymacie niebieski garnuszek z arcymiękkimi kawałkami ramion ośmiornicy, ugotowanej metodą souse-vide (w niskiej temperaturze) w cynamonie, cukrze i cytrusach. Zalejcie ją ciemnym, brunatnym consome z czerwonej kapusty, w którym wyraźnie poczujecie smak karmelu. Całość da niezwykłą, dla mnie rozkoszną mieszankę smaków i zniknie równie szybko jak azjatyckie mule.

 

 

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: Ośmiornica Consome

Port Royal. Haha Koszyki

Port Royal: Ośmiornica Consome

 

 

Port Royal eksperymentuje.

 

Ceniący „klasykę inaczej” mogą zamówić „Śledzia marynowanego” (19 zł) Choć nie mogę zaliczyć go do „moich dań” w Port Royal to trudno odmówić mu oryginalności.  Śledź jest lekko podpieczony, a następnie zamarynowany.  Podany z dodatkami w postaci śliwki, szalotki, kawałkami chrupkiego razowca i olejem o dość charakterystycznym smaku. Do tego półpłynne żółtko i delikatny, anyżowy posmak kopru włoskiego. Ciekawe, ale ja na nie.

 

 

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: śledź marynowany

 

 

Niecodzienne jest też tutejsze „Ceviche” (26 zł), przy czym słowo „niecodzienne” tym razem nie jest komplementem. Przede wszystkim podkreśla jego zmienność. Czasem jest z dorsza, czasem z łososia, a czasem z … ośmiorniczki. Ok! To rozumiem. W końcu to miejsce szczyci się dostawami ryb i owoców morza 6 razy w tygodniu co musi przekładać się na zmienność i zamienność niektórych produktów. Niestety niecodzienny jest też sposób tutejszego  „gotowania na zimno” czyli marynowania kawałków ryb w soku z limonki.

W moim ceviche były one za twarde co wskazywałoby na długie marynowanie. Z drugiej strony było zdecydowanie za mało kwaśne, tak jakby do marynaty nie użyto wystarczająco dużo soku z limonek. Dodatkowo przeszkadzały mi nadmierne ilości warzyw i owoców w postaci batatów, kawałków ananasa i sałaty a brakowało ostrości, mimo „dyżurnej” obecności chili. Na domiar złego do składników dorzucono pieczywo, które na moim talerzu miało formę kawałków suchej bułki. Oj jakże daleko to Ceviche pada od znakomitości serwowanych w Ceviche Bar, o którym pisałem kilka miesięcy temu. A szkoda, bo lubię!

 

 

Port Royal, Hala Koszyki

Port Royal: Ceviche z łososia

 

 

Tatar w Port Royal zmienny jest

 

Za to „Tatar Rybny” (24 zł) choć „zmienny”  z powodów jak wyżej, budzi mniej wątpliwości. Ja trafiłem na wersję z sandacza, który okazał się rybą bardzo wdzięczną na taką formę przygotowania. Pewnie byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie nadmiar słodyczy z dodatków a szczególnie z lekko buraczanego kremu, którego kleksy obok żółtych kleksów kremu z żółtka opanowały talerz. Za to smażona skórka z dorsza, która obok zgrabnych wiórków grzanek wnosiła chrupkość do dania to bardzo udany pomysł. Zamawiając tatara poproście zdecydowanie o trochę więcej limonki i dopytajcie z jakiej ryby jest dziś przygotowywany. Może okazać się, że ze względu na różne gatunki ryb będzie smakował za każdym razem nieco inaczej. A może jakiś ranking?

 

 

Port Royal. Haha Koszyki.

Port Royal. Tatar z sandacza.

 

Port Royal między południem a północą

 

Szef kuchni Port Royal Daniel Szmidt przez wiele lat pracował w Norwegii i Danii. Dlatego w menu nie mogło zabraknąć skandynawskiego akcentu. Tutejsza zupa rybna (0,3 l za 15 zł i 0,6 l za 25 zł) smakowe korzenie ma na północy Europy. Gotowana przez osiem godzin na wywarze z ryb słodkowodnych i białych ryb morskich jest biała, lekko słona z wyraźną ale przyjemną, kwaskową nutą. W konsystencji niezbyt gęsta dźwiga na powierzchni kawałki grzanek z bagietki, kryjąc w środku białe warzywa: pietruszkę, seler i białą część pora. Świetna szczególnie teraz gdy za oknem zima. Gorąco polecam!

 

 

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: Zupa rybna (karta lunchowa)

 

 

Północ Europy reprezentuje też tradycyjne „Fish & Chips” (26 zł), ale choć frytki są ze świeżych ziemniaków to jednak ziemniak i ryba smażone w głębokim tłuszczu (nie dociekając, jego świeżości) to coś zdecydowanie nie dla FoodSnoba.

Wyjątkiem od tej reguły są „Sardynki” (19 zł) lekko przyprószone pikantnym mixem i podane w zgrabnym rożku w towarzystwie sosu tatarskiego. Ten klimatycznie bardziej południowy snack jest obok wspomnianych wcześniej muli moją ulubiona pozycją lunchową w Port Royal, po którą chętnie sięgam też w ramach oferty take-away.

 

 

Port Royal, Hala Koszyki

Port Royal: Sardynki

 

 

 

Łowić co dnia w Port Royal

 

Atrakcyjne może być też polowanie na rybę dnia. Jeśli wczoraj był łosoś, dziś mogła przypłynąć  dorada a jutro możecie trafić na pstrąga lub szczupaka, z rodzinnej hodowli ryb słodkowodnych jednej z właścicielek. Jedynie „Dorsz” (44 zł) atlantycki na brązowym maśle z sosem holenderskim ze skorupiaków i puree jest stałym punktem oferty. No prawie stałym bo zdarzyło mi się co najmniej raz, że „miał wolne”.  Dwie pozostałe: ryba dnia z patelni i ryba dnia z pieca to kwestia szczęścia czyli dzisiejszej dostawy.  Mnie los przyniósł fantastycznego zębacza.

Zębacz, występujący w krajach anglosaskich  najczęściej pod nazwą Catfish lub Wolffish ma białe, jędrne, i niezwykle smaczne mięso. Podany na lunch (ryba dnia z patelni jest dostępna również w menu lunchowym) pysznił się swoją idealnie wysmażoną skórką i dodatkami w postaci komosy ryżowej z zielonym groszkiem i puree selerowym z bazylią, barwionym sepią czyli atramentem z mątwy. Dobre to było nadzwyczaj, więc pytajcie o zębacza nie gardząc przy tym równie fajnym szczupakiem z patelni czy pstrągiem z pieca. Aha! Jedyne z czego chyba bym zrezygnował to sos, w typie Gribiche (nie wiem na jakiej bazie był zrobiony, ale smak wskazywał na Gribiche),  który choć przyjemnie kwaśny, jakoś nie łączył mi się ze smażoną rybą. No i prośba do menedżera! Jakby tak codziennie wrzucać mały post na Wasz profil na Facebooku z informacją o rybie dnia byłoby cudownie.

 

 

Port Royal, Hla Koszyki

Port Royal: Ryba dnia z patelni – zębacz

 

 

Port Royal z wyższej półki.

 

No i coś czym na wzór  L’Arc Varsovie pyszni się Port Royal: „Seafood platter” czyli mix owoców morza podawanych na zimno dla dwóch (180 zł) lub czterech osób. Talerz jest imponujący i smaczny. Ja jednak tego typu dobrodziejstwa morza lubię spożywać najbardziej na jego brzegu, a będąc z dala od niego cieszyć się owocami morza w skromniejszej formie i … cenie.

Cena niestety musi być wysoka, bo talerz jest naprawdę imponujących rozmiarów. Na naszym znaleźliśmy langustynki, raki, całego kraba kieszeńca, świetne, tknięte tylko patelnią przegrzebki i znajomą już ośmiornicę. Zabawa szczypcami do łamania skorupiaków i cieniutkimi widelczykami do wydłubywania mięsa z odnóży powoduje, że dłonie i nieosłonięte części garderoby przenikają zapachem morza. Szczęśliwie, nawet gdy obsługa zapomni o miseczce do mycia rąk lub saszetkach z mokrymi chusteczkami,  z boku – między barem a salą – dostępne jest specjalne stanowisko do doprowadzenia ich do porządku.

Dla porządku nadmienię tylko,  bo nie próbowałem osobiście, że z tzw „wyższej półki” w Port Royal dostępny jest również ale tylko na zamówienie  homar au gratin czyli zapiekany.

 

Port Royal, Hall Koszyki.

Port Royal: Seafood platter dla dwóch osób.

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: Seafood platter dla dwóch osób.

Port Royal, Hall Koszyki

Port Royal: sztućce do owoców morza.

 

 

Port Royal marzenia a rzeczywistość.

 

Na internetowej stronie Hali Koszyki można znaleźć krótką informację o właścicielach i koncepcie ich restauracji. Cytuję: „Ona – wiedzę o rybach wyniosła z rodzinnej hodowli, On – zakochany w niej i w owocach morza. Wspólnie postanowili stworzyć koncept właśnie z takimi produktami. Ich restauracja jest jak port– ponad 50 gatunków ryb i wielka kuchnia za szkłem. … Z Port Royal wyjść można nie tylko z uczuciem zaspokojonego apetytu, ale również z “morskimi” zakupami. Obsługa, która o rybach wie wszystko podpowie, które z nich warto zabrać do domu oraz jak je przygotować.”

Piękne marzenie i piękna obietnica. Z pewnością częściowo zrealizowana, choć w znacznej cześć na wyrost. Bo i gatunków ryb mniej i ich kupowanie na wynos (jeśli w ogóle jest możliwe) nie stało się popularne.

Ale marzenie o restauracji zdaje się spełniać. Często takie marzenia usychają pośród pustych stolików na sali.  Tu marzenia i brak gastronomicznego doświadczenia musiały sprostać tłumom, które zalały i wciąż zalewają Halę Koszyki. Bez żadnego powolnego rozruchu. Bez czasu na dotarcie. Nie zawsze są w stanie sobie z tym poradzić doświadczeni restauratorzy, prowadzący już wcześniej restauracje. A co dopiero mówić o debiutantach! Z tym większą przyjemnością jadając w Port Royal już od blisko dwóch miesięcy obserwuję proces dojrzewania tego miejsca i coraz sprawniejszego funkcjonowania.  Mimo braku rezerwacji, łatwiej znaleźć stolik bo tylko ich część jest blokowana pod rezerwacje. Można wpisać się a listę i poczekać na miejsce sącząc drinka w Barze Centralnym.  Obsługa coraz lepiej radzi sobie na sali, a kuchnia trzyma poziom.

 

Dlatego, jeśli chcecie spędzić wieczór w Hali Koszyki przy restauracyjnym stoliku śmiało możecie wybrać Port Royal. Ja w każdym razie tak robię. I w tym przypadku będę recydywistą.

 

Port Royal
Szef Kuchni – Daniel Szmidt
Hala Koszyki
Koszykowa 63, Warszawa
godziny otwarcia:
pon-nie 9:00 – 23:00
rezerwacje:
tel. 792 020 707
Facebok: @portroyale

 

Casual FoodSnob , , , , ,

Regina Bar. 5 powodów, dla których będę tu bywał.

Regina Bar. 5 powodów, dla których będę tu bywał.

Regina Bar nie jest zwykłym barem. Regina jest barem z oryginalnymi koktajlami i co dla mnie najważniejsze, miejscem z niecodzienną kuchnią. Kuchnia ta bywa jednak nierówna i dlatego potrzebowałem aż 5-ciu wizyt, żeby ją poznać i odpowiedzialnie napisać recenzję rekomendującą to miejsce. Wiem, że będę tu nadal bywał bo znalazłem co najmniej pięć powodów, dla których warto. Mam nadzieję, że i Was nimi przekonam.

.

Powód #1 – Trisno Hamid

.

Bloggerzy a nawet zawodowi recenzenci restauracji (cokolwiek to znaczy) mają swoich ulubionych szefów kuchni. Oczywiście większość z nich, zapytana o to wprost zaprzeczy ale lektura ich recenzji i porównanie z rzeczywistością często mówią same za siebie.

Nie ukrywam, że Szef Trisno Hamid należy do grona moich ulubionych szefów kuchni. Jest prawdziwym artystą i to nie tylko w kuchni. Skończył Singapurską Akademię Sztuk Pięknych, ale dość prędko porzucił karierę artysty i poświęcił się doskonaleniu się w sztuce kuchni. Jego kulinarny talent dojrzewał między innymi w prestiżowej, francuskiej restauracji Le Gavroche braci Alberta i Michela Roux w Londynie i restauracji hotelu Marriott przy Canary Wharf, z którą rozstawał się jako Szef Kuchni.

Nieco odlotową kuchnię Trisno miałem okazję smakować w krakowskim Yellow Dog’u. W Warszawie dał się poznać najpierw jako mistrz smaków tajskich w słynącej niestety ze złej wentylacji, zamkniętej już restauracji My’o’Thai. Od ponad roku zachwyca swoją kulinarną odwagą i kreatywnością w MOD, restauracji o której miałem przyjemność pisać miesiąc po jej starcie.

To właśnie ekipa z MOD: Trisno Hamid, Kamila Mroczkowska i Patrycja Jaskólska otworzyli niespełna 4 tygodnie temu Regina Bar. I to właśnie MOD ze swoją szaloną kuchnią, łączącą doświadczenia kuchni francuskiej ze smakami Azji spowodował, że Trisno ma u mnie jako Szef Kuchni ogromny kredyt zaufania. Mam więc nadzieję, że jeśli nawet coś jeszcze kulinarnie nie gra w Regina Bar to jest to tylko kwestia czasu.

.

Powód #2 – pomysł i „story” Regina Bar

.

Regina Bar to prawdziwy bar. W karcie znajdziecie kilka naprawdę niezwykłych koktajli. Są tu amerykańskie klasyki rodem z Kalifornii jak Chartreuse Swizzle i australijsko-nowojorski koktajl Penicillin. Znajdziecie tu klasyczny, przygotowywany na bazie ginu, miodu i limonki Bee’s Knees, którego nazwa w czasach prohibicji oznaczała „the best” a potem w miejskim slangu Nowego Jorku była używana jako odpowiednik słowa „cool”. Spróbujcie też koktajlu „Chao Chee Bye” z rumem, limonką i galliano. Ale uwaga! nazwa tego drinku jest jednym z mocniejszych, singapurskich przekleństw (angielskie tłumaczenie to „smelly vagina” ). Równie „niegrzeczny” jest koktajl na bazie tequilli o nazwie Kanina-bu co w używanym w Singapurze dialekcie malezyjskim oznacza „fuck your mother”.

Przede wszystkim spróbujcie jednak tutejszej kuchni. Bo Regina Bar to zupełnie nowy koncept kulinarny ekipy MOD’a, który według twórców ma być niczym Canal Street na Nowojorskim Manhattanie. Canal Street to ruchliwa ulica leżąca na granicy dwóch kultur i „małych, nowych ojczyzn” wielkich kuchni: nowojorskiego Little Italy i China Town. Regina Bar czerpie inspiracje z obu.

Byłoby jednak wielkim uproszczeniem powiedzieć, że karta dań Regina Bar to zwykły mix kuchni włoskiej i azjatyckiej. Tak jak w MOD, gdzie smaki francuskie i azjatyckie przenikają się w daniach, w Reginie Włochy i Azja nie dzielą karty na dwie części, ale splatają się w nowe smakowe węzły. Czasem ten związek jest wyraźny, czasem dominuje w daniach smak Azji. Ich dobór oraz pizza ze swoim niezwykłym ciastem, o którym dalej  zdradzają nowojorskie inspiracje, za którymi stoją Kamila i Patrycja.

Regina, podobnie jak MOD ma bezpretensjonalne wnętrze, którego eklektyczny, autorski styl nawiązuje do koncepcji „bycia na granicy różnych kultur”. Znajdziecie tu i wielki kryształowy abażur i okrągły stolik na którym umieszczona jest typowa dla chińskich restauracji obrotowa taca. Talerze są takie jak kuchnia: i chińskie, ozdobne i najzwyklejsze, białe, jak we włoskiej trattorii. Wszystko jest na luzie i zachęca do swobodnego biesiadowania przy drinku i jedzeniu. Bo takie miało być. Smacznie i interesująco kulinarnie, choć o gastronomiczną półkę niżej niż w MOD.

.

Powód #3 – smaki Regina Bar

.

Menu: „Zimne”

.

W menu Regina Bar znajdziecie naprawdę kilka niezwykłych dań. Zacznijcie od „zimnych” . Prosta sałatka „Yee sang” z marynowanym łososiem” (26 zł) imbirem, marchewką, ogórkiem, podgotowanymi burakami, marynowaną rzodkwią jest wręcz rozkoszna. Po zmieszaniu na talerzu warzywa chrupią, zamarynowany, obsypany sezamem łosoś rozpływa się na podniebieniu a prażone orzechy ziemne cudownie stawiają opór zębom. Do tego delikatny, orzeźwiający sos: lekko słodki, lekko kwaśny (sos śliwkowy? ocet ryżowy?). Sałatka ta, której nazwa oznacza „surowe ryby” a fonicznie brzmi po chińsku jak „wzrost obfitości” jest tradycyjnie podawana podczas obchodów Chińskiego Nowego Roku. Do Chińskiego Nowego Roku jeszcze trochę czasu więc dobrze radzę: nie czekajcie tak długo. Próbujcie od zaraz.

.

Regina Bar

Regina Bar: „Yee sang” z marynowanym łososiem

.

Bez zwłoki zamówcie też „Crudo z przegrzebków (24 zł)” . Na ten, przynajmniej z nazwy, ukłon w stronę kuchni włoskiej składają się dość grube plastry surowych przegrzebków, marynowanych w sosie rybnym z cytrusami i posypane białym sezamem z kolendrą. Rozkosz po którą będę sięgał za każdym razem w Regina Bar.

.

Regina Bar

Regina Bar: Crudo z przegrzebków

.

Nie obawiajcie się kulturowego mixu w lekkim danku „Mała sałata rzymska, sos z anchovies, grzanka i parmezan” (16 zł). Świetna, świeża i wyrazista przystawka. Ot! Po prostu: listki sałaty rzymskiej z kremowym, ostrym sosem z sardeli na wierzchu, do tego cieniutka grzanka i trochę płatków parmezanu. Ponieważ jedną z idei Reginy jest biesiadowanie i dzielenie się daniami nie przejmujcie się, że czasem w towarzystwie niezbyt wygodnie je się tę przystawkę sztućcami lub pałeczkami. Po prostu weźcie w całości listek do ręki, posypcie paroma płatkami sera i przegryźcie kawałkiem półprzeźroczystej grzanki.

.

Regina Bar

Regina Bar: Mała sałata rzymska, sos z anchovies, grzanka i parmezan

.

Niech Was nie zmyli nazwa i nie zniechęci opis kolejnego zimnego „maleństwa”. Szynka w „Gotowanym prosciutto” (19 zł) nie ma nic wspólnego z prosciutto crudo. To po prostu autorska wersja typowego, włoskiego „prosciutto cotto” w postaci dość grubych (2-3 mm) plastrów gotowanej na miejscu szynki. Doskonale peklowana, wyraźnie doprawiona, prosta i pyszna do pogryzania.

.

Regina Bar

Regina Bar: Gotowane prosciutto

.

Menu: „Ciepłe” – coś dla mięsożerców

.

W tej części menu zwracam przede wszystkim uwagę na „Pierożki z wieprzowiną” (15 zł). Delikatne ciasto kryje w sobie farsz z wieprzowiny z odrobina cebuli i imbiru, doprawiony (o ile kubki smakowe mnie nie zwiodły) olejem sezamowym i sosem ostrygowym. Pierożki podane są z rewelacyjnym sosem/bulionem z wołowiny z odrobinką anyżu. Jadłem to danie dwa razy i za każdym razem starannie wybrałem łyżką najmniejsze kropelki bulionu z dna talerza. Pycha!

.

Regina Bar

Regina Bar: Pierożki z wołowiną

.

Jeśli nie chcecie uronić ani kropli cudownego sosu w „Żeberkach w sosie Hoisin” (24 zł) koniecznie zamówcie ryż jaśminowy (6 zł), który doskonale go „zagospodaruje”. Same żeberka są niezwykle soczyste i miękkie ale to sos czyni z nich prawdziwego mistrza. Sos hoisin choć jego nazwa znaczy „owoce morza” swój słodko-pikantny smak w żadnym stopniu nie zawdzięcza ani rybom ani skorupiakom, które w jego składzie wbrew nazwie nie występują. Czerwono-brązowy dip o gęstej konsystencji zrobiony jest z soi i śliwek. Te dwa składniki czynią go idealnym kompanem pieczonych żeberek.

.

Regina Bar

Regina Bar: Żeberka w sosie Hoisin

.

Godny uwagi jest też „Kurczak generała Tso” . To danie słabo znane w Chinach i nie mające nic wspólnego z generałem Tso, kimkolwiek był ten dziewiętnastowieczny Chińczyk. Wymyślił je w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku chiński emigrant Peng Jia w Nowym Yorku. Od tego czasu danie stało się niezwykle popularne w Nowym Jorku i USA. W Reginie nieco odbiega od pierwowzoru. Kurczak nie jest marynowany przed usmażeniem w głębokim tłuszczu, a jeśli był panierowany to w sposób nieomal niezauważalny. Do gęstego sosu w którym oprócz smaku śliwek, imbiru, czosnku wyraźnie czuć chili dodano prawdopodobnie sos sojowy, wino ryżowe i odrobinę cukru, który w pierwotnym przepisie nie był stosowany. Pierś z kurczaka jest bardzo soczysta a słodkość sosu w obliczu trafiających się kawałeczków chili i czosnku nie tylko nie przeszkadza ale wręcz staje się jednym z powodów zaliczenia tego dania do kategorii „ulubionych”.

.

Regina Bar

Regina Bar: Kurczak generała Tso

.

Menu: „Ciepłe” –  fantastyczne wege na pokładzie.

.

„Bakłażan „yu xiang” w sosie z fermentowanych nasion soi z chili” (18 zł) jest daniem, którego nie można pominąć. Więcej – to danie z podium, by nie powiedzieć najlepsze. Bakłażany o rybnym aromacie to klasyczna potrawa kuchni syczuańskiej. Danie składa się z pokrojonych na kawałki bakłażanów, najpierw smażonych w woku a następnie gdy paski bakłażana stają się „maślane” gotowanych w sosie na bazie wywaru oraz pasty z chili i z fermentowanej soi. W daniu wyraźnie czuć imbir, czosnek i ocet ryżowy, których mieszanka uzyskuje bardzo specyficzny aromat, zbliżony do rybnego. Oczywiście tak jak w sosie hoisin nie ma w nim żadnej ryby.

.

Regina Bar

Regina Bar: Bakłażan „yu xiang” w sosie z fermentowanych nasion soi z chili

.

Menu: „Pizza” –  w Regina Bar inaczej.

.

Pizza zajmująca oddzielny dział menu nie przypomną żadnej pizzy włoskiej. Jej placek to prawdziwe nowojorskie arcydzieło. Dlaczego nowojorskie? Bo jak twierdzi Patrycja Jaskólska właśnie takaą pizzę: na puszystym, lekkim cieście z charakterystycznymi, cętkami przypieczenia na krawędzi zapamiętała z ulic Nowego Jorku, gdzie można ją spotkać w pizzeriach prowadzonych przez przedstawicieli kolejnych, zamerykanizowanych pokoleń włoskich emigrantów. Placek wypiekany jest z ciasta zrobionego na zakwasie chlebowym z trzech różnych mąk, które przez 24 godziny dojrzewa i rośnie. Na ten „niewłoski” krążek trafiają niekoniecznie włoskie a jeśli już to na pewno nie klasyczne dodatki.

.

Regina Bar

Regina Bar: Pizza z jarmużem, słoniną, miodem, mozzarellą i sosem pomidorowym.

.

Z siedmiu rodzajów pizzy w karcie Regia Bar spróbowałem tylko dwóch. Pizza z jarmużem, słoniną, miodem, mozzarellą i sosem pomidorowym, była intersująca, choć jak dla mnie nieco za słodka. Przyjemna w smaku, lekka i świeża była pizza z ricottą, świeżymi ziołami, migdałami i … limonkowym vinaigrettem.   Na przyszłe wizyty zostawiłem sobie intrygującą pizzę z mozzarellą i tajska bazylią oraz pizzę z brukselką, pancettą, ricotta i pecorino.

.

Regina Bar

Regina Bar: Pizza z ricottą, świeżymi ziołami, limonkowym vinaigrettem i migdałami.

.

Menu: „Desery” czyli Regina Bar na słodko.

.

Choć nie przepadam za deserami nie mogę przemilczeć mocnych punktów w słodkiej części menu. „Pistacjowe lody w ciastku” (12 zł), których uszczknąłem nieco współtowarzyszce okazały się prostym, świetnym zakończeniem posiłku. Ale bardziej niż lody zaskoczyło mnie „Bananowe Tiramisu” (16 zł) które spróbowałem dopiero za czwartym razem, obawiając się (niesłusznie), że będzie to deser zbyt słodki. Faktycznie słodyczy w nim nie brak ale całość jest zadziwiająco lekka i dowodzi, że eksperymentowanie z nawet najbardziej klasycznymi przepisami włoskich deserów ma sens.

.

Regina Bar

Regina Bar: Lody pistacjowe w ciastku

Regina Bar

Regina Bar: Bananowe Tiramisu

.

Powód #4 – ceny w Regina Bar

.

Regina Bar to pomysł na relatywnie tanie, ale naprawdę świetne jedzenie. Ceny są tu niższe niż w MOD i z wyłączeniem kaczki po kantońsku nie przekraczają 30 złotych. Pizza, której cena waha się między 19 zł („Mozzarella, bazylia tajska, sos pomidorowy” ) i 30 zł („Jarmuż, słonina, miód, mozzarella, czerwona cebula”) również cenowo nie odbiega bardzo od cen w nie sieciowych pizzeriach warszawskich, zostawiając je w tyle na polu kreatywności dodatków i oryginalności ciasta. (no może z wyłączeniem niesłychanej pizzy w Da Curio)

Naprawdę obfita, czteroosobowa kolacja z butelką wina zamknęła się w cenie 240 złotych, a dwuosobowe wypady lunchowe to koszt około 100 zł. Regina Bar jest miejscem, które mimo braku klasycznych zestawów lunchowych może konkurować cenowo z lunchem w innych miejscach, znacząco przebijając je smakiem. Dodatkowo jest naprawdę atrakcyjnym cenowo miejscem na luźną kolację w gronie przyjaciół. Z obu okazji korzystałem i zamierzam to robić w przyszłości.

.

Powód #5 – nadzieja, że będzie jeszcze lepiej.

.

Nie będę ukrywał, że Regina Bar cierpi jeszcze na chorobę niemowlęctwa. Choć jakość obsługi i jej znajomość podawanych dań rosły z wizyty na wizytę, to nie sposób ukryć, że na początku bywało różnie.

Kuchnia również bywa kapryśna. Niektóre dania są niezwykle trudne do upolowania. „Burrata z oliwą z bazylii tajskiej” (22 zł) mimo pięciu wizyt nie została przeze mnie oceniona, bo jej główny produkt był … niedostępny. Więcej szczęścia miałem z „Carpaccio wołowym z lukrem kawowym i gorgonzolą” (18 zł). Za czwartym razem udało mi się spróbować tego intrygującego zestawieniem składników dania i … przeżyć rozczarowanie. O ile kawowy lukier i gorgonzola stworzyły arcyciekawą strukturę smaków to skądinąd dobrej jakości rozbef upieczony na medium rare, okazał się po prostu ich pozbawiony. Może zabrakło odrobiny przypraw przy pieczeniu (w tym soli) a może jego 2-3 mm plastry były zbyt grube, by „pożyczyć” smak od pozostałych składników. Szkoda, bo danie ma potencjał.

.

Regina Bar: Carpaccio wołowym z lukrem kawowym i gorgonzolą

Regina Bar: Carpaccio wołowym z lukrem kawowym i gorgonzolą

.

Być albo nie być – Trisno na pokładzie

.

Z jakości części serwowanych dań można łatwo wywnioskować kiedy w kuchni jest sam Tris a kiedy pochłonięty  swoim „pierworodnym ” MOD’em zostawia kuchnię swojemu zastępcy.

Wydana podczas jego nieobecności „Kaczka po kantońsku” (36 zł) wróciła do kuchni dojedzona w połowie.  Niestety jej twardość przekraczała jakiekolwiek akceptowalne granice. Również „Duszoną wołowinę z shitake i selerem naciowym” trudno nazwać miękką a na dodatek choć otaczający ją rzadki sos mięsno sojowy z dużymi shitake i drobniutkimi kawałkami selera był dobry, mięso samo w sobie było pozbawione smaku.

.

Regina Bar

Regina Bar: Kaczka po kantońsku

Regina Bar: Wołowina

Regina Bar: Duszona wołowina z shitake i selerem naciowym

.

Nie zachwyciło mnie również „Pak choi z woka”. Podsmażone na chrupko liście z dodatkiem sosu ostrygowego zostały podlane mocno olejem i utonęły w nim na amen razem ze wszystkimi smakami.

.

Regina Bar

Regina Bar: Pok choi z woka

.

Zdaję sobie sprawę z tego, że prowadzenie dwóch restauracji to karkołomna przygoda. Wiem, że MOD jest bardziej wymagający i we własnym interesie jestem za tym, żeby doglądał go osobiście Trisno Hamid. Mam jednak wielką nadzieję, że ekipa na stałe rezydująca w Reginie rozwinie swoje umiejętności pod jego nadzorem i podczas kolejnych wizyt i Was i mnie nie spotkają takie przykre niespodzianki. Będę bywał, będę sprawdzał.

.

Regina Bar – jest potencjał.

.

Regina Bar jest już na liście moich ulubionych, codziennych „miejscówek” w Warszawie. Jeszcze nie wszystko tu gra. Jednak koncept, smaki większości dań i ich ceny sprawiają, że zasługuje na to, żeby aktywnie obserwować jej dojrzewanie. Wierzę, że Trisno, Patrycja i Kamila doprowadzą ją do finalnego blasku. Trzymam za to kciuki.

A jeśli chodzi o Was Drodzy Czytelnicy, to rozważcie proszę moje argumenty, sprawdźcie sami jak jest i…bardzo proszę dajcie znać w komentarzach, jakie są Wasze opinie.

 

 

Regina Bar
Szef Kuchni: Trisno Hamid
Koszykowa 1, Warszawa
rezerwacje: 22 621 42 58
facebook: https://www.facebook.com/Reginabar-1269804053060716/
godziny otwarcia: pon-nie 12:00 – 00:00
Casual FoodSnob , , , , , ,

Ostrygi w Warszawie. FoodSnob testuje!

Ostrygi w Warszawie. FoodSnob testuje!

Brand zobowiązuje, więc jak na  FoodSnoba przystało przez ostatnie kilka tygodni testowałem dla Was najlepsze ostrygi w Warszawie. Nie twierdzę, że było to wielkie poświęcenie, bo ostrygi uwielbiam i to w dodatku w każdej postaci.

Powiedzieć, że Warszawa „ostrygami stoi” byłoby nadużyciem. Nie działa żaden prawdziwy „oyster bar” a restauracji z owocami morza, w których podaje się więcej niż jeden rodzaj ostryg jest mniej niż palców u jednej ręki. Oprócz tej ostrygowej elity,  w kolejnych siedmiu, ośmiu restauracjach można spotkać ostrygi w podstawowym wyborze. Dodatkowo w ciągu roku dwie, trzy restauracje organizują od czasu do czasu ostrygowe eventy i festiwale. To dziwne, bo dostawców jest wielu a ostryga w odróżnieniu od innych owoców morza jest zdecydowanie bardziej odporna na transport i przechowywanie.

Tym niemniej, jeśli kochacie albo przynajmniej lubicie ostrygi jest parę miejsc godnych uwagi.

 

Top 1 Największy wybór ostryg w Warszawie

 

W tej kategorii lider nie budzi żadnych wątpliwości. Największy wybór ostryg dostaniecie przez siedem dni w tygodniu w Restauracji L’Arc. Ostrygi są dostarczane na bieżąco, więc nie ma wątpliwości, że zawsze będą świeże. Zamawiając „Talerz ostryg – mix” (79 zł) możemy delektować się sześcioma różnymi mięczakami. Oczywiście mamy tu najbardziej znaną pacyficzną ostrygę Fine de Claire (10 zł za szt.) ale oprócz niej jest kilka innych, między innymi ostrygi normandzkie (17 zł za szt.) o delikatnym, lekko orzechowym posmaku i intensywnym smaku jodu oraz ostrygi irlandzkie (14 zł za szt.).

Mało tego! Na talerzu znajdziemy też reprezentantkę zacnych ostryg z Marennes-Oléron (17 zł za szt.). Ich szczególny smak i lekko zielonkawy kolor, to efekt żywienia się tych mięczaków w końcowej fazie hodowli pewnym endemicznym gatunkiem glonów. Ma to miejsce w małych basenach wykopanych wprost w  słonej ziemi. Ostrygi Marennes-Oleron są naprawdę pyszne ale z całej szóstki podawanej w L’Arc mnie najbardziej przypadły do gustu dwa kolejne rodzaje.

 

Top 5 ostryg w Warszawie

Ostrygi w Warszawie. L’Arc talerz 6-ciu róznych ostryg

Ostrygi w Warszawie – best of the best

Pierwszym z nich jest najdroższa, pochodząca z Irlandii Ostra Regal (21 zł za szt). Ostrygę tę hoduje się dwuetapowo, najpierw pozwalając jej rosnąć w Zatoce Clew Bay na północnym zachodzie Irlandii. Po dwóch, trzech latach małże przewożone są do leżącej na południowym wschodzie, pół zamkniętej zatoki Bannow Bay, która ze względu na specyficzne położenie i kształt gromadzi dużo planktonu. Po kolejnych dwóch latach „życia na wypasie” ostrygi są sprzedawane. Delektując się  ich jędrnością (koniecznie gryząc a nie łykając) czujecie zarówno słony jak i lekko słodki smak.

Mój drugi ulubiony rarytas to okrągła ostryga Belon (19 zł za szt). Belon to niewielka rzeka w Bretanii, przy ujściu której hoduje się ostrygi. Tutejsze specjały należą do gatunku płaskiej ostrygi europejskiej i ze względu na niewielką produkcję są jednymi z najrzadszych ostryg na świecie. Pełne umami, mocno słone ale gładkie i kremowe mięso smakuje wybornie zostawiając na końcówce lekko  lekko metaliczny posmak. W L’Arc oprócz standardowego rozmiaru czasem można zamówić większe o rozmiarze145+g. Ja miałem to szczęście. Polecam.

 

Top 5 ostryg w Warszawie

Ostrygi w Warszawie. Restauracja L’Arc. ostrygi Belon 145+g

 

Ostrygi w Warszawie- Port Royal

Tuż za restauracją L’Arc w tej kategorii plasuje się restauracja Port Royal mieszcząca się w Hali Koszyki. W każdy wtorek i czwartek jest tu dostawa dwóch-trzech rodzajów ostryg. Oprócz ostrygi pacyficznej z Normandii (9 zł za szt.) można tu delektować się ostrygami Imperial Oyster z Holandii (9 zł za szt.) i wyśmienitą Perle Blanche  z Francji (14 zł za szt.). Ta ostatnia również „wędruje”. Po sześciu miesiącach w bogatych w plankton wodach Normandii, jest przewożona do regionu Charente Maritime, gdzie przez trzy lata hodowli w niskozasolonej wodzie w basenach Marennes nabiera słodyczy.

 

Top 5 ostryg w Warszawie

Restauracja Port Royal – od lewej ostryga pacyficzna z Normandii, ostryga Perle Blanche z Francji, ostryga Imperial z Holandii

 

 

Ostrygi w Warszawie – reszta stawki

Dwa rodzaje ostryg: fine de claire i geay (producent ostryg z Marennes-Oléron) można znaleźć w Bistro La Cocotte (7 zł za sztukę, 39 zł za 6 szt). Z kolei Osteria w swoim imponującym ostrygarium ma zawsze świeże ostrygi z zatoki Mont Saint Michel i to czasem w dwóch rozmiarach (12 zł za ostrygę no 2).

 

Top 5 ostryg w Warszawie

Restauracja Osteria – ostrygarium z ostrygami z zatoki Mont Saint Michel

 

TOP 2 Najlepszy sposób serwowania świeżych ostryg.

 

Na ogół świeże ostrygi podaje się z cytryną lub szalotkowym vinegrette.  Jednak w kilku warszawskich restauracjach można trafić na inne, bardzo ciekawe i smaczne sposoby podawania ostryg. Na pierwsze miejsce wybija się tu Port Royal, który w swoim „Zestawie 4 smaków” (40 zł za 4 sztuki) oferuje ostrygi pacyficzne podane na cztery sposoby. Mamy tu ostrygi podane klasycznie, z bardzo dobrym vinegrette, mamy lekko podpieczone i zawinięte w cieniutki plasterek zielonego jabłka, wreszcie podane z ogórkiem i marchewkowym vinegrettem oraz lekko zapiekane w panko. Choć te ostatnie powinny startować w kolejnej kategorii – ostryg zapiekanych to zestaw ten nominuje i nagradzam palmą pierwszeństwa w tej kategorii. To zdecydowanie najbardziej kreatywny zestaw ostryg w mieście.

 

 

Top 5 ostryg w Warszawie

Ostrygi w Warszawie: Restauracja Port Royal: Ostrygi – zestaw 4 smaków.

 

 

Niezła jest również ostryga podana w Lar’c-u na sałatce z krabem, ananasem i koprem (59 zł za 3 sztuki). Spora ilość świeżej chili powoduje jednak, że dodatki zamiast podkreślać smak ostrygi mocno go tłumią.

 

 

Top 5 ostryg w Warszawie

Restauracja L’Arc – ostryga z krabem, ogórkiem, ananasem i koprem

 

Z jeszcze innym sposobem serwowania świeżych ostryg można spotkać w Osterii. Ostrygi z zatoki Mont Saint Michel podawane są tu po rosyjsku, z kwaśną śmietaną i kawiorem z łososia (16 zł za sztukę). Choć tego ostatniego w muszli niewiele, to wystarcza by zdominował smak doskonałej skądinąd ostrygi.  Stąd dopiero trzecie miejsce w tej kategorii.

 

 

Top 5 ostrogoths w Warszawie

Restauracja Osteria – Ostryga nr 2 po rosyjsku z kwaśną śmietaną i kawiorem z łososia (16 zł za sztukę)

 

 

Top 3 – Najlepsze, zapiekane ostrygi w Warszawie.

 

 

Dla niektórych to barbarzyństwo ale skoro występują i mają grono zwolenników to nie sposób je pominąć w tym rankingu. Tylko w jednym ze znanych mi miejsc w Warszawie podaje się ostrygi wg najsłynniejszego przepisu na ich zapiekanie. Ostrygi Rockefeller, bo o nich mowa, możecie spróbować w Restauracji Der Elefant / Fishmarket.

Danie, wymyślone pod koniec XIX wieku na południu USA przygotowuje się zapiekając ostrygę pod lekko podduszonym szpinakiem, okruszkami chleba i parmezanem. Nazwa pochodząca od nazwiska Johna Rockefellera (wtedy najbogatszego obywatela USA) miła odpowiednio i „na bogato” pozycjonować tak podawaną ostrygę. Dla mnie ten rodzaj zapiekanej ostrygi jest zbyt ciężki a w dodatku  w Der Elefant ostryga ( za 16 zł za szt.) razem z całym jej smakiem tonie w odmętach  pleśniowego sera lazur i tylko nazwą przypomina dziewiętnastowieczny,  nowoorleański pierwowzór.

Top 5 ostrygi w Warszawie

Restauracja Der Elefant / Fishmarket – Ostryga Rockefeller

Zwycięzcą kategorii „zapieczonych” są podawane w Restauracji  L’Arc ostrygi zapiekane ze szpinakiem, szafranowym aioli i parmezanem ( 59 zł za 3 sztuki). Są znacznie lżejsze od wcześniej opisanych, zachowują półpłynną konsystencję i mają niezwykły smak dzięki użytemu sosowi. Aioli jest delikatne (nie przesadzono z czosnkiem, który zabiłby smak ostrygi) a użyty szpinak jest tylko minimalnie zblanszowany. Do tego kilka drobinek czerwonego pieprzu i mamy mistrza tej kategorii. Byłbym w pełni szczęśliwy gdyby mięczak odcięty był od skorupy bo po prostu zdecydowanie łatwiej byłoby go jeść. Ale smakowo – mistrz!

 

 

Top 5 ostryg w Warszawie

Restauracja L’Arc – Ostryga zapiekana ze szpinakiem, szafranowym aioli i parmezanem.

 

Ostrygi w Warszawie – niewypały

 

Za to zupełnym nieporozumieniem są „Ostrygi zapiekane a la Osteria” (14 zł za sztukę) podawane w tej najstarszej w Warszawie restauracji z owocami morza. Zapiekane i to dość mocno pod serem mozarella z bazyliowym pesto i pomidorkiem cherry smakują jak…  spieczona mozarella z pesto. Mału tu smaku ostrygi – szkoda więc czasu, pieniędzy i … samego mięczaka.

Top 5 ostryg w Warszawie

Restauracja Osteria: ostrygi zapiekane a’la Osteria

 

Z recenzenckiego obowiązku muszę wspomnieć, że w Restauracji L’Arc możecie również spróbować ostryg zapiekanych z serem gruyere (49 zł za 3 sztuki) a w Der Elephant / Fishmarket ostryg zapiekanych z krewetkami (26 zł za sztukę). Pierwsze są niezłe, choć daleko im do lidera kategorii. Drugie, posypane krewetkami koktajlowymi i grubą warstwą mocno zapieczonego sera (cytuje za kucharzem: „a la parmezan”) to kompletne nieporozumienie. Jak ktoś lubi serowe zapiekanki, to niech je zamawia. Miłośnikom ostryg odradzam.

Top 5 ostryg w Warszawie

Restauracja Der Elefant / Fishmarket – Ostryga (tak, to ostryga!) zapiekana z krewetkami.

 

 

Top 4 Najbardziej „męskie” ostrygi w Warszawie

 

 

Ze względu na swoje legendarne właściwości, ostrygi jako morskie afrodyzjaki cenione są przez panów. W niedawno otwartej w Warszawie restauracji  Ed Red, w której króluje przednia, sezonowana wołowina i znakomite podroby można spróbować ostrygi zaserwowanej w niezwykle męski sposób. Podawany tu „Oyster shooter” (20 zł) to nic innego jak szklanka wódki J.A Baczewski, w której pływa wspaniała Fine de Claire no 2 obficie posypana pieprzem. Reklamowana jako „idealny digestif i perfekcyjny afrodyzjak” zachwyca nie tyle smakiem (o biedna zalana w trupa ostrygo!) ale właśnie oryginalnością podania. Spotkaliście się gdziekolwiek z podobnym?

 

 

Top 5 - ostrygi w Warszawie

Restauracja Ed Red: Oyster shooter
Ostryga w pieprzowej wódce J.A. Baczewski jako idealny digestif i perfekcyjny afrodyzjak (20 zł)

 

 

Top 5 Ostrygowe miejsce w Warszawie, za którym najbardziej tęsknie.

 

 

Jak wiadomo, ostrygi należy jeść w miesiącach, które w angielskiej nazwie mają literkę „r”.  Miesiące letnie bez „r” w nazwie (may, june, july i august) to okres rozrodu ostryg, w którym ich smak jest zdecydowanie gorszy. Są jednak ostrygi letnie – specjalnie hodowany gatunek, który się nie rozmnaża w tym okresie i smakuje równie wybornie. Od kilku lat są dostępne w Restauracji L’Arc a tego lata można było je spróbować na warszawskim Nocnym Markecie.  Serwował je na jednym ze stoisk Pan Homar znany, bezpośredni importer owoców morza, którego można spotkać na warszawskim  Bio Bazarze i na Targu Rybnym.

Pan Homar serwował swoje ostrygi na kilka sposobów. Podawał je klasycznie (pod uroczą nazwą „french me up” ) z szalotką i octem winnym i bardzo awangardowo. I właśnie te bardziej ekstrawaganckie budziły prawdziwy zachwyt. Mogliśmy rozkoszowca się ostrygami  z molekularną pianką z szampana i pomarańczy („get lucky”) czy  z granitą z ogórków. limonki i chili („so fresh & so green”). Mnie jednak zachwycały, najbardziej „letnie” ostrygi z musem z truskawek, mięty i prosecco.

Ostrygi w Warszawie – Pan Homar

Pan Homar sprowadza ostrygi bezpośrednio z małego parku ostryg położonego na oceanie u wybrzeży Normandii. Szczyci się tym, że omija hurtowników, giełdy rybne i pośredników co powoduje, że w jego ofercie nie ma ostryg niewiadomego pochodzenia.  Podawane na Nocnym Markecie, głeboko wbiły się w moją pamięć. I smakiem, i… typowym dla Nocnego Marketu luzem w ich serwowaniu i jedzeniu.   Dlatego choć z Panem Homarem i jego ostrygami można spotkać się na Bio Bazarze to  ja z niecierpliwością czekam na jego kolejny sezon na Nocnym Markecie.

Bo nigdzie w Warszawie ostrygi nie smakowały mi tak bardzo jak tam.

Póki co pędzę na ostrygi do L’Arc i Port Royal, zdecydowanie omijam Osterię i przestrzegam przed ostrygowymi zapiekankami w Der Elefant.

 

 

Top 5 ostryg w Warszawie

Nocny Market – Stoisko z ostrygami Pana Homara

 

 

Fine Dine FoodSnob, Testy i rankingi FoodSnob , , , , , , , , , , , ,

Bez gwiazdek z przewodników. Z gwiazdami na talerzach.

Bez gwiazdek z przewodników. Z gwiazdami na talerzach.

Bez gwiazdek z przewodników restauracyjnych można żyć. Bez gwiazdek na talerzach znacznie trudniej. Na szczęście Robert Trzópek zadbał o to, by w naszych niełatwych czasach życie foodsnobów, foodies i zwykłych smakoszy było lepsze i smaczniejsze.

Restauracja Bez Gwiazdek (B*) zadebiutowała w poniedziałek. Nie przez przypadek otwarcie poprzedziła kolacja z okazji polskiej premiery filmu „Noma My Perfect Storm” poświęconego Rene Redzepiemu i jego Nomie. Robert Trzópek jeszcze przed swoją karierą w warszawskiej Tamce 43 i Harwest pracował w Nomie jako chef de partie. Ma też za sobą, pracę w innej gwiazdkowej restauracji Le Manoir aux Quat’ Saisons w Oxfordzie oraz staż w notowanej na szczytach listy The World’s 50 Best Restaurant – hiszpańskiej El Bulli.

Trudno było się więc oprzeć i nie uczestniczyć na kolacji z okazji premiery filmu. Ale jeszcze trudniej było nie zarezerwować stolika tuż po otwarciu regularnej działalności.

 

Pomiędzy neo-bistro a fine diningiem.

 

Robert Trzópek w przedpremierowym wywiadzie dla portalu mlask.com.pl opisał swój nowy koncept jako „coś pośredniego pomiędzy neo-bistro a restauracją typu fine dining”. Obiecywał proste, niezbyt drogie jedzenie oparte na inspiracjach polską kuchnią i na polskich, lokalnych produktach.      Wczoraj i dziś miałem przyjemność zweryfikować tę obietnicę.

Restauracja jest mała, ma zaledwie 30 miejsc. Również kuchnia, do której łatwo zerknąć zza baru jest niewielka. Ale pracującym w nim Robertowi Trzópkowi i jego prawej ręce Jankowi Kęcikowi nie przeszkadza to w tworzeniu prostych ale wyrafinowanych smakowo dań.

.

Bez Gwiazdek

Bez Gwiazdek

.

W restauracji nie ma klasycznego menu. Trzópek oferuje trzy różne menu degustacyjne złożone z 4/5/6 dań w atrakcyjnych, jak na warszawskie warunki cenach 80zł/100zł/120 zł. Ceny i jakość dań porównywalne są do zestawów lunchowych w fine diningowych restauracjach, które jakiś czas temu miałem przyjemność testować. Ale w podobnych cenach zamiast dwóch, trzech dań stanowiących lekki, popołudniowy posiłek Bez Gwiazdek oferuje wielodaniowe menu stosowne do godzin wieczornych, w których (i to wyłącznie) otwarta jest nowa restauracja.

Obaj szefowie pozostają w stałym kontakcie z gośćmi, podając dania i wyjaśniając tajniki ich przygotowania. Ich starania wspiera sommelier Adrian Górniak, który nie tylko serwuje opisane w menu, sparowane z każdym daniem wina, ale też z zaangażowaniem spełnia indywidualne, winne zachcianki gości. To wszystko tworzy niezwykle sympatyczną atmosferę, która sprawia, że wychodząc z restauracji ma się ochotę wpaść tam nazajutrz. Nie ukrywam, że nie zdołałem oprzeć się tej pokusie i juz następnego dnia po pierwszej wizycie zafundowałem sobie małą repetę.

 

 

Kuchnia polska, nie bez wpływów

 

 

Bez Gwiazdek to prawdziwe wyzwanie dla rzetelnych recenzentów restauracji. Menu ma zmieniać się na bieżąco, co oznacza, że raz w tygodniu będzie pojawiało się tam jedno, może dwa nowe dania. Pewnie gdy czytacie tę recenzje, nie będziecie mieli już szans na spróbowanie wszystkich z opisanych poniżej. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że zetniecie się z ich stylem, duchem i bardzo spójnym podejściem, które prezentuje duet Trzópek i Kęcik.

Gdyby jednym zdaniem probować określić smak dominujący w pierwszym menu degustacyjnym  Bez Gwiazdek byłaby to leciutka nuta kwasowości, z którą przeplata się naturalna słodycz owoców i warzyw a czasem mięsne i grzybowe umami. Źródło tej kwasowości bywa różne. Czasem jest to pigwa, czasem kapusta, szczaw a nader często kwaśna śmietana. Choć mamy tu zupełnie inne produkty, trudno oprzeć się wrażeniu, że przez kuchnię polską w autorskim wydaniu Roberta Trzópka przebija się delikatna nuta nowoczesnej kuchni Skandynawii. Przypadek?

 

 

Na początek warzywa i grzyby.

 

 

Menu jest niezwykle konsekwentne. Wszystkie dania komponują się w spójną całość. Nawet w wersjach okrojonych do czterech lub pięciu nie ma wrażenia przypadkowości. To dalej są w pełni grające ze sobą kompozycje.

We wszystkich wersjach, menu zaczyna się od dania zatytułowanego „BURAK Z PIGWĄ”. Odrobinkę nadzwyczajnego puree z topinamburu (proście o więcej!!) wieńczy różyczka z nie za słodkich płatków buraków i pigwy gotowanej w miodzie pitnym dla przełamania jej naturalnej kwasowość. Dodatkowo, kwas pigwy tonizuje odrobina oleju rzepakowego. Płatki przyjemnie chrupią, co  kontrastuje z miękką teksturą puree. Danie barwne, bodaj najładniejsze z całego menu, z prezentacją tylko z pozoru banalną ale na pewno najbardziej ze wszystkich zbliżoną do typowych prezentacji fine diningowych.

 .

Bez Gwiazdek.

Bez Gwiazdek. BURAK Z PIGWĄ. Słonecznik bulwiasty, miód pitny.

 .

Kto zdecydował się na menu 5-cio lub 6-cio daniowe ma szanse spróbować tutejszych grzybów. Nie dziwcie się, że przed podaniem dania „GRZYBY. Sałata rzymska, kwaśna śmietana” na waszym stoliku pojawią się łyżki. Wszystko wyjaśnia się gdy na stół trafiają talerze, na których dnie znajdziecie odrobinę grillowanej sałaty rzymskiej, kawałki rydzów, olej z borowika i wieńczące całość listki szczawiu. W ułamku sekundy ta zgrabna wysepka pogrąża się w smakowitych odmętach bulionu grzybowego nalewanego z małego dzbanuszka przez Szefa Kuchni. Przez duże stężenie grzybowego umami przebija się leciutko kwaśna nuta śmietany i wyraźnie kwaśny szczaw. Zgrillowana sałata rzymska wprowadza równowagę pomiędzy jednym a drugim smakiem.

Nic dziwnego, że danie zdecydowanie zaliczam do pierwszej trójki największych gwiazd nowego menu restauracji Bez Gwiazdek.

.

Bez Gwiazdek

Bez Gwiazdek. GRZYBY. Sałata rzymska, kwaśna śmietana

.

 

Zmienny charakter kalarepy.

 

Podczas pierwszej wizyty nieco mniej przypadło mi do gustu kolejne danie w menu czyli „MIĘTUS. Kalarepa, razowiec, rodzynki”. Ryba choć zacna, najpierw marynowana w zalewie octowej, potem ugotowana przez 30 minut w 60 stopniach, była nieco zdominowana przez zdresowane olejem rzepakowym paseczki kalarepki. Przez jej wyrazisty smak słabo przebijały się również rodzynki marynowane w herbacie. I na domiar złego, w obu porcjach, które postawiono przed nami grzanki z razowca były twarde do granicy wytrzymałości zębów. Moja partnerka powiedziała, że marudzę ale uczciwość recenzenta stawiam nad harmonię pożycia małżeńskiego, więc nie mogę przemilczeć tej jakże małej na tle całości wtopy.

Następnego dnia o dziwo (a raczej o dostawco kalarepy!) całość zagrała jak należy. Kalarepa stała się właściwym tłem dla doskonałego miętusa a rodzynku olśniewały herbacianą słodyczą. I tylko kostki grzanek z chleba niestety były tak samo twarde jak poprzednio.

 

Smaki domu rodzinnego. Tyle, że lepsze.

 

 

 

Za to kolejne danie (obecne w każdym zestawie) jest prawdziwą „petardą” i drugą gwiazdą menu. Najbardziej polska z polskich zup, czyli gotowana na gęsiej krwi czarnina w wykonaniu Roberta Trzópka po prostu poraża smakiem. Jest przy tym zdecydowanie mniej słodka ale za to znacznie bardziej esencjonalna niż ta gotowana kiedyś przez moją babcię z Kujaw. Nalana z małego dzbanuszka spotyka się na talerzu z rewelacyjnym zestawem dodatków. Pokrojone w drobną kostkę skonfitowane warzywa i gęsie żołądki uzupełnia odrobina kwaśnej śmietany. To wszystko powoduje, że trudno rozstać się z pustym talerzem, próbując łyżką wydobyć ostatnie kropelki z dna.

.

Bez Gwiazdek

Bez Gwiazdek. CZARNINA. Gęś i warzywa.

.

Szynka pieczona w chlebie, to jedna z tradycyjnych potraw Mazowsza. Trzópek nawiązuje do niej podając swoją „SZYNKĘ W CHLEBIE”. Zamiast całej szynki, którą tradycyjnie po zamarynowaniu pieczono w chlebie żytnim (zakwas chlebowy przenikał do mięsa i go aromatyzował) pod cieniutką , zgrabną, oddzielnie upieczoną, chlebową miseczką ukrywa farsz z kapusty i długo gotowanej szynki. Dodając  do farszu i a dodatkowo na talerz zielony olej majerankowy (na bazie oleju lnianego) stara się podkręcić smak dania. Dla mnie jednak to zdecydowanie za mało, żeby to danie dopisać do listy najbardziej wyróżniających się w menu. Zjadłem je dwa razy, cenię jego smak, ale mam wrażenie, że nieco odstaje od reszty.

 

 

Bez Gwiazdek

Bez gwiazdek. SZYNKA W CHLEBIE. Kapusta, grzyby, majeranek, olej lniany.

Bez Gwiazdek

Bez Gwiazdek. SZYNKA W CHLEBIE. Kapusta, grzyby, majeranek, olej lniany

 

 

 

 

Trzecia gwiazda na zakończenie.

 

 

 

Podczas wspomnianej już premierowej kolacji po filmie o Rene Redzepim, jedynym daniem, które nie zachwyciło był deser. Lekko (za lekko!) podgotowane kostki ziemniaka niewystarczająco jak dla mnie związały się z karmelem. Lody kminkowe, choć doskonałe same w sobie nie uratowały całości. Dlatego podczas pierwszej kolacji po oficjalnym otwarciu z wielkim napięciem czekałem na podanie deseru z regularnego menu o intrygującej nazwie „GRUSZKA,ŚLIWKA. Cebula”

Deser ten… no cóż! właściwie to nie wiem jakich słów użyć, żeby go opisać. Składa się z zaledwie czterech składników ale ich zestawienie tworzy jedną z najlepszych, deserowych kompozycji smakowych w moim, niekrótkim życiu smakosza. Słodkawa (ale tak w punkt!) smażona gruszka spotyka się z wyrazistym, kwaskowatym puree śliwkowym i ćwiartkami świeżych śliwek. W randce uczestniczą też  płatki cebuli ze słodko-kwaśnej zalewy i odrobina kwaśnej śmietany. Całość, stanowiąca mój ideał deserowej równowagi (lekko kwaskowata, delikatnie słodka) domyka pętlę ścieżki smaków, którą w menu Roberta Trzópka otworzyła słodkawo-kwaśna różyczka z pigwy i buraków.

 

 

Bez Gwiazdek. GRUSZKA, ŚLIWKA. Cebula.

Bez Gwiazdek. GRUSZKA, ŚLIWKA. Cebula.

 

 

 

Bez Gwiazdek ale za to z charakterem.

 

 

Nowa restauracja Roberta Trzópka to miejsce wyraziste, ze świetnym klimatem i doskonałą, zaskakującą smakami i prostotą kuchnią. To miejsce, które chciałbym mieć po sąsiedzku, żeby co jakiś czas wpadać tam na małą, codzienną kolację a od czasu do czasu  świętować w gronie przyjaciół, w miłej nieformalnej atmosferze. To jedno z tych miejsc, które ma szanse nigdy się nie znudzić. Mnie w każdym razie na pewno nie.

Bez Gwiazdek
Szef Robert Trzópek
ul. Wiślana 8, Warszawa
Facebook: https://www.facebook.com/bezgwiazdek
rezerwacje: 22 628 04 45
otwarta: pon-sob 18:00 – 23:45

 

Casual FoodSnob , , , , ,

Inny Wymiar kuchni polskiej. Nie mój.

Inny Wymiar kuchni polskiej. Nie mój.

Restauracja Inny Wymiar powstała w miejscu, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu funkcjonował Lokal 14.  Zaledwie półtoraroczna historia tej restauracji to dowód na to, że lokalizacja na tym odcinku Świętokrzyskiej jest raczej trudna dla restauratorów.  Trzy tygodnie temu w nieco zmienionym wnętrzu nowy właściciel otworzył restauracje, w której szefem kuchni jest Filip Kosiń, wcześniej sous chef w Dyletantach i Tamce 43 i szef kuchni w  …  Lokalu 14.

 

Inny Wymiar

Inny Wymiar

 

Zaciekawiony opublikowaną na facebookowym profilu informacją o nowej restauracji, w pierwszą z trzech wizyt udałem się już w tydzień po otwarciu. Ekipa Innego Wymiaru opisuje swoją kuchnię jako „sezonową kuchnię MADE IN POLAND”, deklarując przy tym, że „… to prawdziwe polskie smaki, przenoszące do błogiego dzieciństwa”. Obiecuje  też  „proste jedzenie z charakterem i ambicją. Bez pretensji i molekularnych wymyślności.”

Brzmi pięknie! Cóż, nie sposób było nie powiedzieć „sprawdzam”.

 

Inny Wymiar mielonego i schabowy z kością.

 

Mielony i schabowy to kanony kuchni polskiej, z którymi w wydaniu babć, cioć i mamy spotykam się od wielu, wielu lat. Nic dziwnego, że w trakcie dwóch pierwszych wizyt musiałem porównać moje smakowe  wzorce obu dań z tym co „z charakterem i ambicją” oferuje Szef Kuchni.

Tutejszy  „bezpretensjonalny mielony” nie wiedzieć czemu pozuje jednak na hamburgera, opatulony domową bułą z czarnuszką  i przebity markowym nożem do steków. O ile ogórek kiszony, to jego odwieczny przyjaciel a świeży chrzan mieści się w granicach tolerancji, o tyle rukola wetknięta do środka nie specjalnie przystaje do całości a już na pewno do obiecanych „prawdziwych polskich smaków”.  Roztopiony żółty ser, mimo że to gouda farmerska to również inna, „niemielona” bajka. Sam wieprzowo-wołowy kotlet jest niezły w smaku, choć jak dla mnie nieco za suchy, pewnie za sprawą zbyt dużej ilości wołowiny.  Daniu towarzyszy kasza „z ambicją” podana w formie, luźnych, lekko rozpadających się krokietów nie wiedzieć dlaczego podanych z majonezem. Choć całość, serwowana na desce ma imponujące rozmiary i przyzwoitą cenę (29 zł) to jednak trudno mi zmusić się do kliknięcia przycisku „lubię to”.

 

Inny Wymiar

Inny Wymiar: Kotlet mielony w bułce z czarnuszką, ogórek kiszony, świeży chrzan, gouda farmerska

Inny Wymiar

Inny Wymiar: Kotlet mielony

 

Smażony, jak należy na oleju ze smalcem, kotlet schabowy z kością (38 zł) jest soczysty i gruby. Odpowiednio cienka panierka jest delikatna w smaku. Nie wiem tylko po co ten zacny kawałek schabu podany jest z sałatką ziemniaczaną, w której klasycznie oprócz nie za miękkich ziemniaków jest cebula, ogórek kiszony i majonez.  Po prostu, nie rozumiem tego konceptu. Schabowy i sałatka ziemniaczana często spotykały się na jednym, polskim stole, ale na szczęście rzadko na jednym talerzu. W Innym Wymiarze ich randka to zapewne skutek próby skontrapunktowania smaku schabowego czymś kwaśnym co nie byłoby pretensjonalną kwaśną kapustą.  Jak dla mnie niestety próba nieudana!  Dodatkowo, konsternację budzi sadzone kacze jajo, ułożone obok kotleta i krokietów na ogromnej desce, na której podane jest danie.

No cóż! Szkoda Cię pyszny kotlecie schabowy „z błogiego dzieciństwa”, oj szkoda!

 

Inny Wymiar

Inny Wymiar: Schabowy z kością, z kaczym jajem i sałatką ziemniaczaną

Inny Wymiar

Inny Wymiar – Schabowy z kością

 

Inny Wymiar rosołu.

 

„Charakterny” jest za to rosół z kaczki, królika i wołowiny z lanymi kluskami (23 zł). Lane kluski mają „ambicje” i są formowane na kształt bardzo grubego spagetti, co na szczęście nie odbiera im klasycznego smaku. Pływającą w zupie marchewkę rodem z babcinych rosołków, uzupełnia pasternak „made in Poland”. Dodatkowo oprócz kawałków kurczaka w zupie pływa skórka pieczonego ziemniaka, wnosząca pierwiastek nouvelle cuisine polonaise do podstawowej, coniedzielnej zupy Polaków. Zamiast pretensjonalnej pietruszki Szef, z korzyścią dla smaku użył listków lubczyku. Nie za tłusty rosół podany w efektownym choć niezbyt wygodnym porcelanowym rondlu jest zdecydowanie godną uwagi pozycją menu.

 

Inny Wymiar

Inny Wymiar: Rosół z kaczki, królika i wołowiny z pasternakiem, skóra z pieczonego ziemniaka, lanymi kluskami i lubczykiem.

 

Kulebiak z barszczem „z błogiego dzieciństwa”.

 

Tutejszy barszcz (21 zł), jeśli nie do dzieciństwa to na pewno przenosi mnie do dnia Wigilii. Poszukiwanie właściwego smaku barszczu to w przedświątecznych przygotowaniach jedna z ważniejszych dla mnie spraw. Żeby nie był za kwaśny i nie za słodki. Żeby szczypał pieprzem w język ale nie za mocno. No i żeby miał piękny kolor.

Inny Wymiar serwuje barszcz dla mnie idealny: przygotowany na własnym zakwasie z buraków trafia smakowo w punkt. Dodatkowo podkręca go dodany z gestem świeży majeranek. Podany do barszczu kulebiak jest smaczny, choć kapuściano-grzybowy farsz mógłby być nieco mniej maziowaty. Za to ciasto jest tak delikatne, że nie dałem wiary zapewnieniom kelnera o jego czysto drożdżowym rodowodzie.

 

Inny Wymiar

Inny Wymiar: Kulebiak z barszczem. Kulebiak z kapustą i grzybami, zakwas z buraków.

Inny Wymiar

Inny Wymiar: Kulebiak z barszczem

 

Duch Lokalu 14 krąży.

 

Jednym z ostatnich dań, które jadłem w Lokalu 14 był tatar. Ponieważ w obu restauracjach szefem był i jest Filip Kosiń nie mogłem się oprzeć porównaniu tatarów z obu kart. Tak jak w poprzednim wydaniu mięso jest siekane. Uff! Nic to, że drobno, ważne że siekane.  I wtedy i teraz tatar podany jest niestandardowo, czytaj „z ambicją”. W Lokalu 14 dodatkiem do mięsa była piana z ogórka kiszonego tu mamy pianę z kapusty kiszonej (oj! taki tam mały molekularny skok w bok). Ale o ile tam dodatkiem do tatara były kapary, tu na talerzu znajdujemy marynowane kurki, które w połączeniu z pianą z kapusty  wnoszą tyle kwaśności, że inne smaki zmykają gdzie pieprz rośnie. Pieprzu zresztą też nie ma.

Za to i w jednym i drugim tatarze pojawia się nuta, no dobra! nutka podsmażonych grzybów. Tam stały za tym smażone pieczarki, tu majonez grzybowy, którego jednak jest tak mało, że krople grzybowego smaku ledwo są wyczuwalne w morzu kwaśności.Dodatkowo i to na plus miękką strukturę mięsa, przyjemnie i chrupko ożywia popcorn z prażonej kaszy.

Mimo różnic w dodatkach jedno łączy oba tatary, przywołując ducha Ś.P. Lokalu 14: w obu mięso jest bez smaku, a obfite posypanie pieprzem tylko odrobinę poprawia ten stan rzeczy. Inny Wymiar tatara wołowego (29 zł) to wymiar Lokalu 14. Bez szału i bez przyszłości. A w dodatku bez wyglądu.

 

Inny Wymiar

Inny Wymiar: Tatar wołowy z marynowanymi kurkami, majonezem grzybowym, prażoną kaszą gryczaną i piana z kiszonej kapusty.

 

Kolejny grzech przeszłości odsłania watróbka z kurczaka na brioszce z boczkiem, szalotką, burakiem i jabłkiem (25zł).  Doskonale wysmażona wątróbka ukazuje lekko różowe wnętrze. Kawałeczki podsmażonego boczku przyjemnie chrupią . Salsa z buraka, szalotki i jabłka gra z nimi w jednej drużynie. Niestety nadmiar sosu całkowicie rozmiękcza przypieczoną brioszkę i czyni z niej mało efektowną, że użyje języka z dzieciństwa „paciaję”. Podobnie było w Lokalu 14 z całkiem przyjemną smażoną grasicą podaną na toście. Smakowo się broniła ale tost tuż po podaniu zamienił się w bagno, psując cały efekt potrawy. A szkoda. I wtedy i teraz.

 

Inny Wymiar

Inny Wymiar: Wątróbka z kurczaka na brioscce, z boczkiem, szalotką, burakiem i jabłkiem

 

 

Inny Wymiar kuchni polskiej. Nie mój.

 

Znajomi i czytelnicy tego bloga może nie uwierzą, ale ja naprawdę lubię kuchnię polską. Pewnie najmniej w tradycyjnym, ludowym wydaniu. Cieszą mnie wszelkie próby uczynienia z niej kuchni nowoczesnej i wielkiej. Staram się odwiedzić i te miejsca, gdzie szefowie nadają jej „fine diningowy” charakter (nie bojąc się „molekularnych wydziwiań” i te gdzie jest bardziej swojsko ale koniecznie z pomysłem i dobrym produktem. Dlatego cieszę się każdą próbą pokazania naszej narodowej kuchni w nowej odsłonie.

Tę próbę,  ten „Inny Wymiar” kuchni polskiej trudno nazwać na razie udaną. Restauracja się dociera i eksperymentuje. Kilka dań (między innymi „gęsia szyja z farszem z kaczki, sosem śliwkowym, młodymi ziemniakami i sałatką” ) zniknęło z karty po pierwszym tygodniu zanim zdażyłem je sprawdzić. Inne jak „gulasz z dzika na czerwonym winie” szukają swojego ostatecznego kształtu raz podawane z plackami, raz z puree ziemniaczanym.

To dobrze. Szukajcie.  Może w końcu uda się znaleźć przepis na sukces i zmieścić się w manifestowanej formule kuchni. A może po prostu, trzeba wciągnąć na maszt inną flagę i jeszcze raz przemyśleć cały koncept. Szczęśliwie to nie mój problem, choć nie ukrywam, że z uwagą będę przyglądał się przyszłości „Innego Wymiaru”.

 

 

Restauracja Inny Wymiar
Świętokrzyska 14, Warszawa
Szef Kuchni Filip Kosiń
Facebook: https://www.facebook.com/pg/restauracjainnywymiar
rezerwacje: 22 827 36 61
godziny otwarcia:
pon-pią, nie: 12:00-22:00
sob: 12:00 02:00

 

Casual FoodSnob , , , , ,
Go Top